Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
Blog > Komentarze do wpisu

CO 957 czyli Island Hopper

Wszystko wskazuje na to, że najważniejszy plan podróżniczy na 2011 został właśnie zrealizowany. Chodzi o kolejną małoracjonalną wycieczkę inspirowaną przeglądaniem mapy oraz dogłębną analizą rozkładów lotów linii lotniczych na świecie (nieoficjalnie w planie była co najmniej jedna taka wycieczka w roku).

Jak to już bywało w przeszłości, wyszło na to, że sama destynacja miała znaczenie drugorzędne. Gdy pytano mnie o to dokąd lecę, miałem problemy z udzieleniem konkretnej odpowiedzi - moja pierwsza destynacja była jednocześnie punktem wylotu do destynacji drugiej, destynacja numer dwa to punkt wylotu do destynacji numer trzy. W skrócie – ważniejsze było skąd dokąd, i którędy, i jak.

Zaczęło się od pomysłu wyjazdu na Guam. Przy jego opracowywaniu dokonałem odkrycia, które wywróciło do góry nogami to, co było do tej pory zaplanowane i całkowicie zmieniło charakter wycieczki. I tak do Guam - owszem – dotarłem, ale przez Honolulu i Wyspy Marszalla. Z prawie niezliczonymi międzylądowaniami na innych wyspach Mikronezji.

Continental 957 - Island Hopper - po starcie z lotniska w Pohnpei

Z Honolulu do Guam można się dostać codziennie lotem bezpośrednim, ale po co, skoro alternatywą jest rejs z dwiema, czterema lub nawet pięcioma przystankami i to na samym środku oceanu? Pod lupę wpadł konkretnie jeden lot: CO 957, który – jak się później okazało – nazywany jest w branży Island Hopper. I tak, po wielu trudach logistyczno-planistycznych, które spędzały mi sen z powiek przez wiele dni przed wyjazdem, wczesnym świtem pewnego czerwcowego poniedziałku wsiadłem na pokład samolotu Boeing 737-800 w barwach linii Continental i wystartowałem z lotnisku w Honolulu. Po pięciu godzinach lotu, równie pięknego poranka (ale już wtorkowego) lądowałem na Wyspach Marszalla, gdzie było pierwsze rozkładowe międzylądowanie tego międzywyspiarskiego rejsu. Po dwóch dniach spędzonych na miejscu („Skaczący między wyspami” nie lata codziennie) ponownie wsiadłem na pokład CO957 i z każdym kolejnym wykonanym skokiem - w pełni tego świadomy – „przechodziłem do historii”.

Na Guam dotarłem (zgodnie z pierwotnym planem podróży) po ponad siedmiu godzinach od wylotu z Majuro na Wyspach Marshalla, w trakcie których skakaliśmy między wyspami Pacyfiku. Z Majuro do Kwajalein, następnie do Pohnpei (stolica Sfederowanych Stanów Mikronezji), potem już tylko Chuuk (ponownie S.S.M.) i wreszcie Guam.

Drogi Czytelniku, nie będzie dla Ciebie wstydem, jeśli w tym momencie oderwiesz się na chwilę od czytania i skonsultujesz z tym, co pokazuje twój domowy globus. Dla tych, co takiegoż nie mają pod ręką, zamieszczam mapkę w dużym przybiżeniu.

Z ciekawostek – załoga Continental nie zmieniała się ani razu na tym 14-godzinnym locie – tramwaju z Honolulu do Guam (ale leciał trzeci pilot i „mechanik-oblatywacz” potrzebny na niektórych wyspach).

Continental 957 - The Island Hopper

Po takiej przeprawie brakuje odpowiednich słów. Udało się, niemożliwe stało się możliwe! (hm, brzmi patetycznie?) Zauważyłem, jak różna jest perspektywa mieszkańców tamtych obszarów, a moja i setek innych ludzi, którzy tego dokonali i dumnie opisali swoje przeżycia na blogach i forach lotniczych. Dla tych pierwszych rejs na pokładzie Continental 957 jest przecież codziennością i praktycznie jedynym sposobem na kontakt ze światem (inni przewoźnicy lotniczy tych kierunków nie obsługują).

Niestety, ze względu na ograniczenia czasowe, nie mogłem sobie pozwolić na zatrzymywanie się na wszystkich "przydrożnych” wyspach na dłużej. Na szczęście na wszystkich lotniskach, gdzie mieliśmy międzylądowanie (z wyjątkiem jednego – Kwajalein, gdzie znajduje się amerykańska baza wojskowa), możliwe było wyjście z samolotu i zrobienie kilku zdjęć. Fakt, że miałem miejsce przy oknie zrobił dużą różnicę, bo - jak łatwo się domyślić - widoki z powietrza na lśniące błękitem i lazurą atole zapierały dech w piersiach na każdym z odcinków, a szczególnie w Pohnpei i Chuuk. Wszystko pokażą zdjęcia, które opublikuję już wkrótce. Póki co zapraszam na film.

Podsumowując – 9 dni w podróży, 9 startów i lądowań, przy czym 3 z nich zaliczyłbym do najbardziej żywiołowych w moim dotychczasowym życiu (mam nadzieję, że film choć częściowo odda trud pilotów). Do tego mnóstwo życzliwych ludzi, których spotkałem i którzy ten wyjazd ułatwili i umilili. Warto było!

wtorek, 12 lipca 2011, wheyman

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:


Doha by day

Doha by night