Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
Blog > Komentarze do wpisu

Rowerem po Tajwanie

Już w trakcie mojej pierwszej wizyty na Tajwanie postanowiłem, że tam wrócę. Na każdym kroku przekonywano mnie, że jest to doskonałe miejsce na wyprawy rowerowe i wycieczki po górach. Różnorodność krajobrazu to bodaj najważniejszy atut, ale w miarę dobrze rozbudowana infrastruktura rowerowa niewątpliwie też przyczynia się do popularności turystyki rowerowej. Uprawiają ją Tajwańczycy, zagraniczni rezydenci, jak i turyści. W końcu i ja się temu poddałem i postanowiłem sprawdzić jak to jest podróżować rowerem po Tajwanie.

Po przylocie na Tajwan (z przygodami, a jakże!) daję sobie dwa dni na aklimatyzację. Delektowanie się lokalną kuchnią bardzo w tym pomaga, nie zapominając o lokalnych trunkach.

Tajwański znajomy pożycza mi swój rower, jedziemy na podstawowy przegląd sprzętu w serwisie. Następnie przy pakowaniu sakiew dwa razy upewniam się, co do prognozy pogody na trasie. Wychodzi na to, że trzeba wziąć ciuchy na każdą pogodę, włącznie z rękawiczkami i wełnianą czapką. Nieważne, że na starcie jest tropikalne 30 stopni…

Przede mną sześć samotnych dni na obcym rowerze, w obcym kraju. W plecaku mam mapę i nakreślony przez kolegę plan wyprawy z nic dla mnie nieznaczącymi nazwami miejscowości: tam się zatrzymać, tu spać tego dnia, a tego dnia „coś sobie znajdziesz, o tam”.

Mojej ekscytacji towarzyszy poddenerwowanie – przecież tak naprawdę, to ja nigdy na wyprawie rowerowej nie byłem! Owszem, jeździłem w życiu więcej niż przeciętny Polak, bywało i tak, że dzień w dzień, po kilkadziesiąt kilometrów, ale nigdy z bagażem, z A do B, z B do C, itd.

Otuchy dodaje fakt, że mój dwukołowiec jest bardziej wprawiony ode mnie – m.in. z sukcesem przebył trasę podobną do zamierzonej przeze mnie (czy ma znaczenie, że było to 8 lat temu i trochę się od tamtego czasu zestarzał?)

Jest piękna, słoneczna niedziela. Wczesna pobudka, porządne śniadanie i jestem gotowy do drogi. Pierwszego dnia do zrobienia jest 72 km, zaczynam w Taichung – aglomeracji położonej na południe od Tajpej, a moim celem jest Sun Moon Lake.

Ruszam.

Pierwsza niespodzianka zdarza się po stu metrach – odpinają się sakwy (konkretnie ich mocowanie do bagażnika) a rozpędzony rower ciągnie je po asfalcie do momentu zatrzymania. Niezły początek – myślę sobie. Szybko zakładam je z powrotem na rower i ruszam dalej.

Po kolejnych 20m sakwy spadają znowu. Początkowo nie rozumiem co się stało, ale problem wyjaśnia się bardzo szybko – moje europejskie stopy oparte na pedale są tak długie, że trącają sakwy przy kręceniu. Tylko tego brakowało!

Nie zamierzam się poddawać. Stosuję dodatkowe zapięcie i - nie tracąc czasu - ruszam ponownie. Próbuję pamiętać o odpowiednim ustawieniu stóp na pedale, choć nie jest to najwygodniejsze i nie wróży najlepiej na dłuższą metę. Przez kolejne dni, mimo moich najlepszych intencji, sakwy spadną dobre kilkanaście razy…

Początkowo trasa biegnie pod wiaduktem, na którym poprowadzona została autostrada. Brak możliwości zweryfikowania drogi z drogowskazami (takich przecież pod autostradą nie stawiają!) powoduje, że po godzinie jazdy się gubię. Zupełnie nieświadomie wróciłem do samego centrum Taichung, tyle, że od drugiej strony! Dwie godziny w plecy, i to pierwszego dnia! O stresie i zmęczeniu nie wspominam.

Mapa googla podpowiada alternatywną drogę do Sun Moon Lake, z której postanawiam skorzystać, bo odnalezienie pierwotnej trasy mogłoby być równie problematyczne jak wcześniej.

Okazuje się, że alternatywna trasa wiedzie przez góry i oznacza dla mnie trzy godziny morderczej wspinaczki, po której był 40-minutowy zjazd do wysokości wyjściowej. Jak ja mogłem tego nie przewidzieć patrząc na mapę google? Kłania się brak doświadczenia …

Jestem wykończony, słońce chyli się ku zachodowi, a ja – zamiast dojeżdżać do Sun Moon Lake, które położone jest na wysokości 800m, jestem u jego stóp i mam za sobą niepotrzebną wspinaczkę na 750m!

Na szczęście po drodze jest największe miasto w okolicy – Puli, do którego dojeżdżam o zmroku i z pomocą patrola policji znajduję nocleg. Prysznic, pyszna kolacja, spacer po mieście połączony z zakupami – jak ja znalazłem na to wszystko siły?

Pierwszy dzień postanawiam zakończyć tradycyjnym chińskim masażem stóp i ramion, który okazał się najlepszym, jaki w życiu miałem! Terapeutycznego masażu pośladków nie było w ofercie, a szkoda, bo chyba oczywistym jest, że po takim dniu na rowerze taka terapia by się przydała.

Przede mną kolejne dni, oby również były wypełnione przygodami i spotkaniami z nieprzeciętną ludzką serdecznością, jak do tej pory.

Początek wyprawy rowerowej nie odbył się zgodnie z planem. Ale któż by się przejmował?

 

sobota, 23 lutego 2013, wheyman

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/02/24 10:34:41
Trzymam kciuki za calosc i kibicuje goraco!!!


Doha by day

Doha by night