Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
Blog > Komentarze do wpisu

Weekend na Phuket

Aby nastawić pobudkę w weekend na czwartą nad ranem trzeba mieć dobry powód i motywację. O w pół do siódmej (co za nieludzka godzina!) ma odlatywać bezpośredni rejs na Phuket…

Po sześciu godzinach w powietrzu z wymodlonego miejsca przy oknie podziwiam widoki na podejściu do tej tajskiej wyspy. Skrzętnie omijamy burzowe chmury, z daleka widać bujną roślinność i lazurową wodę wzdłuż plaż. Choćby dla tego widoku było warto poświecić trochę snu – kto rano wstaje temu Pan Bóg daje!

Po kontroli celnej przedzieram się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy i wychodząc z terminalu przylotów obieram kierunek spaceru na okoliczną wioskę. Podobno można gdzieś tam wynająć skuter. Sympatyczny starszy pan prowadzący mikrowypożyczalnię (na oko w sumie 5 skuterów) bardzo się cieszy na prospekt zrobienia interesu. Odrobina negocjacji w prostej angielszczyźnie (wymagano pozostawienia paszportu pod zastaw, lecz jako alternatywę zasugerowałem 100 dol. w gotówce) i trochę po omacku ruszam skuterem do hotelu.

Wkrótce czuję wiatr we włosach i pełną wolność, ekscytację z której - mam nadzieję – zrozumieją motocykliści. Na niektórych prostych gnałem 60 km/godz.! Po niecałej godzinie jazdy jestem na miejscu w hotelu.

Jeśli chodzi o mnie to dzień jest już spełniony. Wczesna pobudka, kilka godzin w samolocie, pełna adrenaliny niezapomniana jazda skuterem.

A tu się okazuje, że dla niektórych dzień dopiero się zaczyna!

Kapitan naszego rejsu zarządza debriefing po kolacji dla całej załogi … w hotelowym basenie! Miejsce okazuje się nieprzypadkowe skoro do późnej nocy serwują w nim napoje po specjalenj cenie dla załóg. Jest przy tym okazja do wymiany doświadczeń między załogami innych linii – w tym samym basenie odbywa się debriefing załogi Virgin Australia. Brakuje jedynie załogi Etihadu, która tego wieczora zdecydowała się na wycieczkę fakultatywną na Patong.



Następnego dnia przyjemny relaks i kontynuacja debriefingu – tym razem obecność nieobowiązkowa: masaże, pływanie i opalanie. Po całym dniu nicnierobienia czeka na mnie deser, czyli pełna adrenaliny jazda powrotna skuterem! Na to czekałem najbardziej – już od poprzedniego dnia! Udaje się wyruszyć spod hotelu jednocześnie z busikiem z załogą, która kibicuje mi przez większość trasy obserwując moje dzielne zmagania z wiatrem i niezawsze prostą drogą. Skorzystałem na tym również tak, że goniąc ich nie mogłem się już zgubić – wszak kierowca busika musiał trasę na lotnisko mieć dobrze opanowaną! W końcu dojeżdżam do wioski obok lotniska i z olbrzymią satysfakcją oddaję skuter z powrotem do wypożyczalni. Triumfalnie spaceruję w stronę terminala odlotów i czuję się jakbym był panem świata -  nie dość, że zaoszczędziłem na taksówce, to jeszcze sprawiłem sobie kawał niezapomnianej przygody.

Gdy w końcu ponownie spotykam moją załogę na rejsie powrotnym do Doha niektórzy gratulują mi odwagi, a nawet zazdroszczą tej wolności i przygody z wiatrem, jaką dał mi niepozorny skuter za 200 baht za dobę.

Jest coś magicznego w takiej weekendowej ucieczce z surowego krajobrazu pustynnego do przygody po drugiej stronie oceanu. Jest coś magicznego w podróżowaniu w tempie załóg. Albo najlepiej razem z nimi!



środa, 15 czerwca 2016, wheyman

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:


Doha by day

Doha by night