Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
Blog > Komentarze do wpisu

2017 przechodzi do historii

Każdy rok jest szczególny pod jakimś względem, co starałem się tu ukazywać w okolicznościowych wpisach. Lecz w porównaniu z poprzednimi latami 2017 był po prostu nadzwyczajny w wielu wymiarach. Już sam jego początek był wyjątkowy – buntowniczo spędzony Nowy Rok prognozował coś wielkiego i niekonwencjonalnego, ale jednocześnie nowy standard. Swoisty przełom? Co z tego wynikło?

Zacznijmy od podróży. Gdzie doleciałem w 2017?

Na Księżyc, a nawet dalej. Jak z każdym rokiem, i tym razem było i więcej, i szybciej, i dalej. W kończącym się roku doświadczyłem w sumie mniej startów i lądowań („tylko” 80), jednak pokonałem większą odległość niż w rekordowym 2016 (104 loty). Lotniczy dziennik podpowiada, że w powietrzu spędziłem 23 doby (549 godz.). Latałem bez wytchnienia, zwłaszcza między marcem i sierpniem – to był prawdziwy maraton lotniczy z 23 weekendami z rzędu poza Doha. Z łatwością pobiłem tym samym poprzedni rekord z 2016 (14 weekendów). Czy leci z nami lekarz psychiatra?

Co odkryłem w 2017?

Samochód kempingowy (kamper) - nowy ulubiony sposób podróżowania, do którego najwidoczniej trzeba dojrzeć. Wakacje w kamperze to kwintesencja obcowania z naturą i niezależności w przestrzeni. Idealnie, gdy nie ma zasięgu – można się odstresować i skupić na zadaniach krytycznych do przeżycia. Doceniam także elastyczność, jaką daje dach nad głową z całym dobytkiem (żadna pogoda mi niestraszna!) oraz doskonałą okazję do przećwiczenia kolaboracji i CRM w praktyce: koordynacja na ziemi i w kabinie (np.: „drzwi przygotowane i sprawdzone”), podział zadań w kokpicie (pilot lecący/pilot monitorujący). Pierwszą próbę miałem już rok wcześniej: w doskonałym towarzystwie (kobieta z kotem) wybraliśmy się na wycieczkę po Australii (z Adelajdy do Alice Springs – 2260 km przejechane w cztery dni). W tym roku byłem na aż trzech podobnych wycieczkach (1x Nowa Zelandia + 2x Australia) i marzą mi się kolejne.

Australia – w każdym aspekcie: krajobrazy, atmosfera, ludzie, wino… Australia ma osobliwe pole grawitacyjne, które przyciąga wybrane jednostki, w tym mnie. Taka swojska egzotyka, która sprawia, że czuję się tam jak w domu (zdarzał się ścisk w gardle, gdy przekraczałem granicę, naprawdę!). Choć trudno w to uwierzyć, ten kontynent odwiedziłem w 2017 r. aż osiem razy w osiem miesięcy (dziewięć, jeśli by uwzględnić wycieczkę z grudnia 2016). Oprócz wspomnianych wyjazdów w stylu kempingowym przez prerie i winnice, bywałem także w miastach, i to nawet na weekend (Sydnej, Adelajda). Takie spontaniczne wyprawy na drugi koniec świata na jedną dobę zawdzięczam mojej determinacji i sprzyjającemu rozkładowi lotów. Mimo zmęczenia (różnica czasu, długi lot) za każdym razem wracałem do domu i pracy naładowany pozytywną energią. Nigdy tego nie zapomnę!

Kangury celują w chłodnice samochodowe – odkrycie z kategorii śmiesznych po jakimś czasie. Wcale do śmiechu nam nie było, gdy uderzaliśmy frontem kampera w kangura (tzn. kangur uderzał w nas). Przestrogi mówiły by unikać jazdy przez australijską prerię o zmierzchu, a my raz jedyny zdaliśmy się na szczęście i od razu taki dramat. Zacznijmy od tego, że kangur przeżył – po chwili odkicał z powrotem do buszu. Nie przeżyła nasza chłodnica, dzięki czemu mieliśmy sponsorowaną przez ubezpieczenie przejażdżkę lawetą. Ale frajda!

 

Vancouver i Kanada – długo wyczekiwany wyjazd, po powrocie z którego opowiadałem o moich wrażeniach godzinami. Mnóstwo pozytywów (dużo podobieństw do Australii), na które w tym wpisie nie znajdę miejsca. Ze względu na odległość Kanada była dla mnie niezbadanym do tej pory terytorium, tym większym szokiem było doświadczenie jej w tak pozytywnym świetle. Jak to się stało, że wcześniej tam nie trafiłem?

Nowa Zelandia – zasługuje na wspomnienie bardziej jako anty-odkrycie. Uważam, że z perspektywy Europejczyka, (prawie) wszystko co Nowa Zelandia ma do zaoferowania nie jest warte wyprawy dookoła świata (koszt przelotu, wysokie ceny na miejscu, o wykańczającej różnicy czasu nie wspominając). Owce na zielonych pastwiskach można zobaczyć w Szkocji, fiordy w Norwegii, a jak komuś się marzy pustelnia to zapraszam w nasze Bieszczady. Nie mam nic przeciwko temu krajowi, ale w moim rankingu w tym regionie świata Australia wygrywa w przedbiegach.

Ile kosztuje godzina przyjemności (w powietrzu, rzecz jasna!) – do tego odkrycia wystarczyła empiria i kalkulator. Odpowiedź waha się między 30 a 50 dol. Tyle kosztuje przyjemność lotu klasą biznes na długich rejsach na biletach pracowniczych. Najtaniej wychodzi lot do Nowej Zelandii (ok. $30 na godz.), a najdrożej Adelajda ($50 – rejs trwa tylko 12-13 godz. więc jest krótszy od AKL prawie o 1/3, ale w sumie droższy ze względu na wysokie podatki lotniskowe). Warto być świadomym tej różnicy, gdy się planuje taką podróż tylko w celu doświadczenia klasy biznes.

Co za dużo, to niezdrowo – to odkrycie jest kwintesencją tego roku. Do tej konstatacji doszedłem, gdy przestało mi smakować wino i jedzenie w klasie biznes (bywały takie okresy, w których dwie noce (czasem nawet trzy!) w każdym tygodniu spędzałem w wygodnym łóżku w … samolocie). Jednocześnie zacząłem się interesować koncepcją minimalizmu, do którego jak ksiądz z ambony nawoływałem na ostatnim spotkaniu Toastmasters. Tak oto życie lubi sobie z nas zażartować …

 

Czego doświadczyłem w 2017?

Najdłuższy lot świata – historyczne wydarzenie dla branży, dla firmy oraz dla mnie jako zbieracza statystyk. Więcej szczegółów o moim rejsie z Auckland do Doha w dedykowanym wpisie sprzed kilku miesięcy.

Lądowania w Sydney, które o zachodzie słońca bywają po prostu magiczne. Na podejściu do pasa 16R, siedząc po lewej stronie, obserwowałem panoramę miasta: malownicze osiedla wzdłuż rzeki, porty jachtowe i wreszcie centrum miasta z operą i charakterystycznym mostem. Taki widok to swego rodzaju nagroda po długim locie, na którą warto było czekać. W 2017 zafundowałem sobie taką przyjemność pięć razy – w zależności od pory roku było to po zmroku, o zmierzchu albo niedługo przed zachodem słońca. Każde doświadczenie było lepsze od poprzedniego, uzależniające wręcz, nic dziwnego więc, że było ich aż tyle.

29 tęczy w tydzień (w tym dwie podwójne) – czy to w ogóle możliwe? Otóż tak - w Australii Zachodniej, w okolicy Albany, na płd.-wsch. od Perth. Nieświadomi do czego to zmierza, po trzeciej tęczy zaczęliśmy je liczyć. A potem było już z górki - okazało się, że podróżujemy po Tęczowym Wybrzeżu, którego mieszkańcy nawet na podwójne tęcze nie zwracają uwagi (potrójne to co innego). Po pewnym czasie nawet nauczyliśmy się je prognozować: jedziemy kamperem, przestało padać, więc jest potencjał na tęczę. – Sprawdź w bocznym lusterku. – O, znowu tęcza! Nauczeni, że tęcze są trudne do uchwycenia i ulotne, po tygodniu staliśmy się ignorantami. - Ile można patrzeć w tęczę? – Najlepiej tak długo, jak trwa. – W Polsce może i tak, ale nie w Zachodniej Australii, gdzie tęcza potrafi trwać pół godz.!

Plenery Nad Niemnem oraz innych wymagających dzieł: Pan Tadeusz, Stary człowiek i morze, jak również nadmorskich wątków u Agathy Christie. Znowu ta Australia … Krajobrazy w tym kraju zapierają dech w piersiach i najczęściej można je podziwiać w samotności (poza głównym turystycznym szlakiem jest tak mało turystów, że każdej napotkanej osobie wypada się ukłonić!)

Huragan Debbie (w zasadzie resztki po nim) -  trafił nas w trakcie wycieczki po Nowej Zelandii dość niespodziewanie. O tym, że mamy do czynienia z Debbie dowiedzieliśmy się przypadkiem, z gazet na stacji benzynowej, dopiero gdy sytuacja się poprawiała. Przez dwa dni doświadczaliśmy nieprzerwanej ulewy i porywistego wiatru, co wcale nie pokrzyżowało planów, bo naszym głównym celem było objechanie części wyspy i podziwianie widoków. Debbie zza okna kampera nie wyglądało tak groźnie, choć następnym razem przy parkowaniu na noc nad strumykiem będę pamiętać by oszacować ryzyko, że do rana może zamienić się w rwący potok.

Podróż w dziobie jumbo jeta - znów z Lufthansą w roli głównej (z Buenos Aires do Frankfurtu, miejsce 2A). Ta część samolotu jest szczególna, bo w pierwszych 2-3 rzędach siedzi się bliżej dziobu niż piloci w kokpicie powyżej; dodatkowo okna są zwrócone pod kątem w stosunku do kierunku lotu by tworzyć aerodynamicznie wyprofilowany opływ dla strug powietrza. Po wcześniejszych sukcesach z podróżami w garbie mogłem w końcu porównać te doświadczenia. Oba są równie ekskluzywne, jednak kabina w dziobie jest bardziej przestrzenna, więc następnym razem będę prosił o 1A albo 2A!

Co za rok!



niedziela, 31 grudnia 2017, wheyman

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:


Doha by day

Doha by night