Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
Blog > Komentarze do wpisu

Khalas. Czas na zmiany.

Od wielu lat standardem było dla mnie bicie własnych rekordów podróżniczych - z coraz mniejszym wysiłkiem, a ostatnio nawet bez zauważenia (wcześniej wręcz wydawały się nie do pobicia). Z upływem lat było tylko intensywniej. Praca w tygodniu, a potem wyjazd na drugi koniec świata – na weekend lub dłużej. Po powrocie (koniecznie w tej kolejności): praca, odsypianie (we własnym łóżku), znów praca, życie towarzyskie i znów odsypianie (tym razem już w samolocie – w drodze w świat).

Przez wiele lat byłem pochłonięty tą przyjemną rutyną. Miałem pełną swobodę wyboru miejsca, w którym chciałbym spędzić najbliższy weekend. Intensywnie korzystałem z tego luksusu, o którym większość może tylko pomarzyć. Jednocześnie definiowałem styl życia, o którym wcześniej nawet nie słyszałem. Sam dla siebie byłem wzorem do naśladowania, gotowym do pokonywania kolejnych wyzwań, inspirowałem do działania. Wyznaczałem sobie cele, podnosiłem poprzeczkę i z dumą jej dosięgałem. Była to dla mnie wartościowa lekcja: koordynacji (znów ta logistyka!), efektywności, cierpliwości, adaptacji (np. do niepewności), dążenia do wyznaczonego celu, itd. Jednak przede wszystkim była to lekcja o sobie.

Dobrze jest wiedzieć, kiedy ze sceny zejść…

Mam za sobą niejeden maraton podróżniczy – ostatni trwał aż pięć miesięcy, w których każdy weekend spędzałem bez wytchnienia gdzieś za granicą. Uczestniczenie w maratonie wiąże się z pokonywaniem własnych słabości, jest to bardziej wyścig z samym sobą, okazja do zajrzenia w głąb siebie. Jak przy innych intensywnych doświadczeniach, łatwiej wtedy usłyszeć intuicję. Jednak pokierowanie się nią wymaga niezmiernie dużo odwagi. W tych szczególnych okolicznościach największym wyzwaniem jest podjęcie decyzji o zwolnieniu albo wręcz zatrzymaniu się.

Myśli o życiowej zmianie kiełkowały w mojej głowie od pewnego czasu. Przełomowy okazał się wieczór, kiedy nie mogłem zasnąć. Przez prawie trzy godz. kręciłem się w łóżku i doznawałem olśnienia, jednego po drugim. Doświadczenie to było tak intensywne, że co jakiś czas musiałem zapalać światło, by robić notatki. Nawet aplikacja w telefonie, śledząca jakość snu, zarejestrowała te przełomowe momenty. Niespokojny umysł najwyraźniej przetwarzał wszystkie przemyślenia z ostatniego czasu. Zebranie ich w jednym momencie pozwoliło zobaczyć szerszą perspektywę. Podobnie jak przy układaniu puzzli, które staje się dość prostym zadaniem: mając przed sobą wszystkie elementy możemy podpierać się wzorem obrazka na pudełku.

Wyjazd z Kataru (tzw. QRexit) i rozpoczęcie nowego rozdziału życia był dla mnie właśnie taką układanką. Po pamiętnym „wieczorze olśnień”, gdy w końcu zobaczyłem mój kolejny cel w szerszej perspektywie, byłem gotowy do działania. Resztą po prostu zajął się logistyk drzemiący we mnie.

Czy ta decyzja mogła być aż taką błahostką? Przecież jest tyle zakątków świata, do których jeszcze nie dotarłem… Po pierwsze, wyjazd z Kataru nie musi oznaczać zaprzestania podróży. Po drugie, moim celem nigdy nie było zwiedzenie wszystkiego. Raczej nieprzypadkowo na mojej liście priorytetów na ostatnie wyjazdy nie znalazł się żaden nowy kierunek - były to raczej powroty do moich ulubionych miejsc! Pomogło mi to utwierdzić się w przekonaniu, że pozostając w dotychczasowym, spontanicznym i intensywnym trybie podróży niczego nowego nie odkryję.

Gdy opowiadałem przyjaciołom i kolegom z pracy o moich zamiarach, reagowali z niedowierzaniem. Przecież wheyman w Katarze był obok konieczności płacenia podatków jedną z niewielu rzeczy na tym świecie, której można było być pewnym. W oczach wielu byłem po prostu dinozaurem. Nie dziwi zatem, że wraz z moim wyjazdem ogłoszono koniec pewnej epoki, że to będzie koniec legendy... Tymczasem dla mnie to raczej koniec rozdziału, w którym stałem się legendą, przede wszystkim dla samego siebie.

Ostatnio nawet osoby skłonne do wyolbrzymiania przestały za mną nadążać: znana z tego Weronika C. usiłowała przedstawić mnie jako eksperta od Omanu tłumacząc, że byłem tam „z dziesięć razy”. W obliczu tego przekłamania byłem zmuszony ją poprawić – przecież mam na koncie 22 wyjazdy do Omanu! Taki błąd … Niech Bóg ma ją w opiece!


Po pięciu latach w Katarze czułem się niesamowicie spełniony, lecz i spragniony więcej. Po wyliczeniu wspaniałych wspomnień pytałem sam siebie: co bym dał, żeby to powtórzyć? Co się zmieniło? Dziś, po kolejnym pięcioleciu już nie tęsknię do tych doświadczeń sprzed lat i nie mam zamiaru niczego powtarzać.

Wygodne życie w Katarze wypełnione swobodnymi podróżami w najdalsze zakątki świata było rutyną, którą miło wspominam. Dobrze jest wiedzieć, kiedy ze sceny zejść... Podobno biegacz, zwłaszcza dalekodystansowy, nie czuje zmęczenia, aż się zatrzyma. Tak było i w moim przypadku. Był też i syndrom odstawienia. Jednak te odczucia szybko zastąpiło spełnienie. Nawet ostatnia lista kierunków, które „musiałem” zaliczyć przed rezygnacją, została wykonana w ponad 100 proc (zamiast raz w Seulu i Adelajdzie wylądowałem po dwa razy, a w Sydney aż pięć!).

Ostatnie dziesięć lat było wypełnione spełnianiem marzeń, o których wyjeżdżając do Kataru nawet nie śniłem. Pełne spełnienie.

Życie traktuję jako podróż, a podróże z kolei widzę jako proces. Zmienia się świat, zmieniamy się my, byle na lepsze! Wraz z tą życiową zmianą będę miał okazję spełniać się w innych aspektach. W inny sposób. W innym klimacie i kulturze. Z innymi celami na horyzoncie. I – zgodnie z życzeniami od przyjaciół z pustynnego kraju - zakocham się w magii nowych początków.

Wielu wyleczyło się z Kataru i wyjechało w rozczarowaniu po roku lub dwóch latach. Ja postanowiłem mojego Kataru nie leczyć, dzięki czemu trwał aż 10 lat i cztery miesiące. Najwspanialsze lata mojego życia, do tej pory.

Ma’assalama Katar!

P.S. To wcale nie jest moje ostatnie słowo na tym blogu. Już wkrótce statystyki podsumowujące 10 lat moich podróży (bez tego przecież się nie obędzie!) oraz ekstra: najważniejsze porady na udane podróże w trybie standby – dla nowicjuszy i nie tylko.





środa, 24 stycznia 2018, wheyman

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Weronika Cieśluk, 123.231.50.*
2018/01/25 13:53:15
"Podobno biegacz, zwłaszcza dalekodystansowy, nie czuje zmęczenia, aż się zatrzyma". To jest stuprocentowa prawda. To zatrzymanie po pewnym czasie przeradza się w piękno i nową podróż... tylko taką bez destynacji. Wtedy rownież dochodzi do głosu intuicja. Cieszę się że poczucie satysfakcji cały czas Ci towarzyszy :) i niech tak pozostanie.
-
2018/01/26 04:47:26
Dzięki Weronika! Jak zawsze bardzo budujące słowa!


Doha by day

Doha by night