Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
Blog > Komentarze do wpisu

Statystyka po 10 latach podróży

Gdy aplikowałem o pracę w Qatar Airways nawet mi się nie marzyło, że będą temu towarzyszyć takie przywileje. Ponad 10 lat temu, zanim jeszcze aktywowano mi przywilej biletów pracowniczych, dziwiłem się koleżance z Filipin, która latała „co miesiąc (na weekend) do rodziców do Manili (bagatela ponad 9h lotu) żeby przywieźć sobie żarcie, w tym głównie zupki … chińskie w proszku.”

Uśmiecham się do siebie widząc ten komentarz sprzed lat: „bagatela 9h lotu” … Przecież dziś sam mam na koncie wiele wyjazdów weekendowych, w jeszcze dalsze kierunki i w ogóle mnie to nie szokuje. Jak czas zmienia człowieka! Wtedy pisałem o podróżach na standby jako czymś nieznanym, wspomagając się opowieściami bardziej doświadczonych kolegów. Co tu owijać w bawełnę - dziś sam mam największe (statystycznie) doświadczenie wśród osób, które znam! Nawet czuję się tym zmęczony, lecz zamiast narzekać, przejdę od razu do statystycznego podsumowania dekady pełnej podróży.

Proszę czytać uważnie – na końcu będzie quiz ;) (wciąż jestem zainspirowany pomysłem mojego zespołu, który na moją 9. rocznicę w ramach cotygodniowego "quizu z wiedzy o branży lotniczej" przepytał mnie z moich własnych statystyk podróżniczych!) 


Zacznijmy od tego, że w głowie mi się kręci, jak patrzę na te statystyki oraz moją kolekcję kart pokładowych.

Na koniec 2017 mam na koncie 811 startów i lądowań* (plus jeden przerwany start!). Pokonałem dystans 3 mln km (odpowiadający ośmiu podróżom na Księżyc lub 76 okrążeń Ziemi). Sumuje się to do ponad 5 miesięcy w powietrzu. Czy mam szansę konkurować z astronautami?


Wraz z nabywanym doświadczeniem przyspieszałem tempo - w ostatnich latach podróżowałem coraz częściej i coraz dalej. Najwięcej lotów odbyłem w 2016 r. (aż 104!), lecz najdłuższy dystans pokonałem w 2017, pomimo mniejszej liczby lotów (nieważne ile - ważne dokąd: np. 8x Australia między styczniem i sierpniem).

Latanie może być jak dla niektórych wódeczka: pierwsza setka na rozgrzewkę, a potem to już „się leci” – już przed laty postawiłem taką tezę i teraz mam na nią kolejny dowód. Na pytanie o ilość lotów na koncie często nie byłem w stanie precyzyjnie odpowiedzieć. Kolejne setki pojawiały się w bazie danych niemal niezauważone. Tymczasem od ostatniej takiej analizy, pomiędzy piątą i ósmą setką, konsekwentnie poprawiałem wynik, aż w końcu osiągnąłem niemożliwe: 100 lotów w niecały rok!


Od spoglądania na moją mapę też można dostać oczopląsu. Na pewno robi wrażenie na osobach, które nie miały okazji lub ochoty podróżować po świecie. Jednak ja do jej wyglądu już się przyzwyczaiłem. Tak naprawdę od kilku lat niewiele się zmieniała - zamiast odkrywać nowe zakątki świata, ostatnio najczęściej wybierałem sprawdzone miejsca (np. Seul, Sydney, Kuala Lumpur). Z mojej perspektywy możliwość powrotu do ulubionych miejsc (i przyjaciół!) stała się bardziej wartościowa niż odkrywanie nowych punktów na mapie. Pokazuje to rozkład odwiedzanych miast – w czołówce zestawienia są miasta i kraje odwiedzane bardzo wiele razy. W wypełnionym po brzegi kalendarzu nie miałem miejsca dla „średniaków”.


Większość wyjazdów była albo w kierunku Azji i Australii, albo Europy, zwłaszcza Polski. Pozostałe kontynenty musiały zaoferować coś wyjątkowego by zyskać moją przychylność, np. być na trasie podróży dookoła świata. Nie zmieniło się to do dziś.

Najczęściej wylatywałem lub lądowałem w Polsce (oczywistość), Niemczech (wygodne tranzyty!) oraz Azji Płd.-Wsch. Z Tajlandią i Malezją o moje weekendy (i nie tylko) zawzięcie konkurował Oman zamykający pierwszą piątkę rankingu. Wysoko ląduje też dość rozdrobniona Australia, z wieloma portami, wśród których ulubione Sydney zdobyło ostatnio przewagę nad ulubionym niegdyś Melbourne. Moje zamiłowanie do Azji ukazuje silna (kolektywna, a jakże!) pozycja Dalekiego Wschodu: Singapur, Hong Kong, Korea Płd. i Japonia (wybieranie między nimi było za każdym razem trudne; na wykresie widać, że żadnego z tych krajów nie faworyzowałem).


Zaskakuje utrzymanie się w czołówce Frankfurtu i Monachium (w sumie 97 startów i lądowań). W dorobku mam tylko jedną podróż, która miała na celu odwiedzenie Monachium, wszystkie pozostałe wizyty na tych lotniskach były w celu przesiadki. Tranzyt przez Niemcy był dla nas standardem, zwłaszcza przed uruchomieniem przez Qatar Airways połączenia między Doha i Warszawą. Przecież pierwsze 5 lat moich podróży do Polski z emigracji oznaczało przesiadki, przesiadki, przesiadki … Szanowna młodzież, obecnie rozpieszczana bezpośrednim rejsem 2x dziennie(!), może tych czasów nie pamiętać!


Najczęstszym modelem samolotu pozostaje Airbus A330 (statystykę wspierają ostatnio loty tym modelem z Doha do Warszawy :) Blisko za nim próbuje nadgonić Boeing 777 oraz Airbus A320. Daleko poza zasięgiem podium wszystkie inne modele z Boeingiem 737, Boeingiem 787 i Airbusem A380. Wśród nowinek, ostatnio moją największą sympatię i szacunek zdobył najnowszy model Airbusa A350, który wszedł do służby ledwo trzy lata temu, wytrwale pnie się do góry i mam nadzieję, że kiedyś znajdzie się w czołówce (uważam, że zasługuje na nią bardziej niż Boeing 787, ale to już oddzielna historia).

W tej kategorii na wspomnienie zasługują także pozycje z dołu listy. Wśród nich są starzejące się i coraz rzadziej spotykane modele. Tym bardziej cieszę się, że w mojej karierze miałem przyjemność przynajmniej ten jedyny raz doświadczyć Airbusa A300, Saaba 2000, BAe 146/Avro RJ, MD80 czy Fokkera 100. Nie udało się na czas zorganizować podróży legendarnym MD-11, który już został wycofany z rozkładowych lotów; a także Tupolewem oraz archaiczną wersją jumbo jeta (747-100) – oba były „w zasięgu ręki”, wykorzystywane przez irańskich przewoźników, lecz pomysły te spadły na liście moich priorytetów, aż w końcu zabrakło motywacji i czasu do ich realizacji.


Podsumowując … (same smaczki)

# Podróże na standby były bardziej kuszące niż pozostawanie w Katarze na weekend, o urlopie nie wspominając. Na większość weekendów (52 proc.) wybierałem się gdzieś w świat.

# Po doliczeniu dni wolnych i urlopu wychodzi, że prawie 1/3 mojego pobytu w Katarze spędziłem … poza Katarem

# Były to w sumie 264 wyjazdy w 10 lat!

# Wyjazdy były coraz częstsze – w raporcie po 5 latach wyliczyłem, że średnio wylatywałem z Doha co 19 dni, lecz w kolejnym pięcioleciu już tylko co 11 dni (a w latach 2016-17 nawet co 9 dni)

# 58 razy odwiedzałem Polskę, czyli średnio 5-6 razy w roku – niezły wynik jak na daleką i egzotyczną emigrację

# 42 razy zabrakło dla mnie miejsca w samolocie, czyli trafił mi się tzw. offload

# Ze względu na brak innych miejsc 3 razy trafił mi się jumpseat w kabinie (czyli składane siedzenie dla załogi) – raz na krótkim rejsie z Dubaju (1 godz.), a dwa razy na dość długim Bangkoku (6-7 godz., do przeżycia …)

# Jeden raz posadzono mnie w kokpicie, nie miałem wyboru, bo innych miejsc już nie było ;)

# Zdecydowaną większość moich podróży odbyłem prywatnie (tylko sześć wyjazdów służbowych)

# Miałem pierwsze miejsce w firmie (wśród tysięcy pracowników) pod względem pokonanego dystansu w podróżach prywatnych w 2016 r. Danych za 2017 r. nie mam, lecz pokonując jeszcze więcej mil w krótszym czasie mogłem moją pozycję tylko umocnić.

# Po tylu latach intensywnych podróży lotniczych wciąż uwielbiam oglądać piękno świata przez okno samolotu. Zamiast dudnienia silników wolę charakterystyczny świst w pobliżu kokpitu – bardzo mnie to uspokaja, a czasem usypia (zwłaszcza Boeing 777, w którym w sumie spędziłem najwięcej czasu).


My Flightdiary.net profile

 

Za mną 10 lat podróży: zawsze spontanicznych, prawie zawsze zbyt krótkich, często szalonych, a czasami wręcz nieracjonalnych. Kiedyś powiedziało by się, że to była „jazdeczka bez trzymanki”. Aby opatrzyć to bardziej nowoczesnym określeniem trzeba by zejść na ziemię, a ja dopiero się tego uczę od kilku tygodni.

Widząc moją pasję do tych obliczeń można odnieść wrażenie, że wszystkie moje podróże miały na celu poprawianie statystyk, lecz byłoby to dalekie od prawdy. Traktuję te liczby jako mierzalne odbicie swobody życiowych wyborów, dokonywanych niezależnie od ich konsekwencji na statystyki. Opisywane tu podróże były dla mnie coweekendową rutyną, którą zresztą praktykuje wielu pracowników linii lotniczych, a ja po prostu opanowałem ją do perfekcji :)

Więcej grzechów nie pamiętam. Niczego nie żałuję. Obiecaną poprawę już widać – po 10 latach w powietrzu zszedłem na ziemię. Wyjątkowo dobrze się z tym czuję i do latania mnie nie ciągnie.

Co z tą kolekcją kart pokładowych? Skoro jest tak imponująca, to zamierzam kiedyś wytapetować nią pokój. Póki co, w duchu minimalizmu i redukcji wszelkiego zbieractwa, przestałem zbierać karty pokładowe. Nowe życie, nowe zasady.

Życie jest piękne!

 

QUIZ P.S. Oto obiecane pytanie: ile weekendów spędziłem w Katarze?

a. Co najmniej 264; b. Ponad 50%; c. 260; d. Między 500 a 550. 

 

* powyższe wyliczenia obejmują wszystkie loty z mojego życia. Przed przyjazdem do Kataru miałem na koncie tylko 29 lotów, więc mają znikomą wagę w tych statystykach.

wtorek, 06 lutego 2018, wheyman

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: K, 31.10.153.*
2018/02/07 22:23:58
doprawdy, piękny wpis aż się łezka w oku kręci :)
-
2018/02/08 04:25:43
Dziękuję!


Doha by day

Doha by night