Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
środa, 09 listopada 2016

Zainspirowany ostatnim wpisem o zaległościach z zapisywaniem szczegółów lotów do mojego pamiętnika w excelu stwierdzam, że od kilku lat latam jak bumerang. W tę i we wtę. A czasem tylko w tę i w tę, czyli dookoła (dookoła świata, dookoła oceanów, a ostatnio - dookoła kontynentów).

Powróciłem ostatnio do wpisu z początku 2009 r. o tym samym tytule.

- Rozlatałem się ostatnio – stwierdzałem na początku tamtego wpisu.

Obliczyłem wtedy, że wylot z bazy w Doha wypadał średniorocznie co 18 dni (ostatnio 10!). Licznik lotów powoli dobijał wtedy do pierwszej setki. Co miałbym stwierdzić dziś, gdy licznik przekroczył 500 700 i końca nie widać? (pierwsza wersja tego wpisu była gotowa prawie 200 rejsów temu, stąd konieczne poprawki; kiedy to zleciało?!)

Marzyłem wtedy, tj. na początku 2009 r., by przelecieć się „nowiutkim 777”. Dziś już nawet nie pamiętam jak do tego doszło... Statystyka jednak podpowiada, że do tej pory miałem przyjemność gościć na pokładzie Boeinga 777 84 razy 130 razy 149 razy. Warto odnotować, że latem 2015 r. B777 wyprzedził w moich statystykach Airbusa A320. Niemożliwe? Tymczasem B777 wciąż pnie się szybko w górę, by wkrótce wyprzedzić Airbusa A330, czyli numer 1 obecnych statystyk (naukowiec by wyjaśnił, że pozycja rankingowa A330 wynika z uwarunkowań historycznych i obecne tempo przyrostu tego licznika maleje na korzyść innych modeli :)

Kilka lat temu marzyłem o pierwszej podróży boeingiem 777, dziś o spełnieniu tego marzenia przypomina statystyka. Ale nie tylko – wciąż cieszę się jak dziecko, gdy dostaję kartę pokładową na rejs wykonywany przez B777.

Mimo, że do siatki QR dołączyły ostatnio nowsze modele z bardziej nowoczesną kabiną i fotelami (787, 380, 350), na najdalsze podróże wciąż preferuję „trzy siekierki”. To jest samolot, z którego nie ma się ochoty wysiadać, zupełnie jak w reklamach airbusów sprzed kilkunastu lat.

P.S. Ostatnio w środku nocnego lotu udałem się do toalety. Mocno zaspany wszedłem z kabiny do kuchni i skierowałem się do korytarza przy kokpicie – właśnie tam znajdują się toalety w przedniej części „trzech siódemek”.

- Co jest!? Kurna chata, czym ja lecę?! – pomyślałem zdziwiony, gdy toalety tam nie znalazłem.

Dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się o co chodzi – w końcu byłem na pokładzie A330, a nie B777! Przemiła załoga (Pani Magda) skierowała mnie do toalety, którą chwilę wcześniej bezwiednie minąłem, a widząc moją bezradność, pełna zrozumienia, pomogła nawet otworzyć drzwi. Było mi niezmiernie głupio, ale wnet pomyślałem, że przynajmniej będzie o czym wspomnieć na blogu; ot, kolejny dowód na to, jak bardzo jestem ostatnio przyzwyczajony do podróżowania na pokładzie B777.

poniedziałek, 24 października 2016

Teatralny dym!

Przyciemnione światła w różnych kolorach!

Muzyka! (dość dramatyczna – w stylu Gwiezdnych Wojen)

Akcja!

Otwierają się drzwi sali bankietowej, a w nich pojawia się młoda para oślepiona światłem reflektora. Wyglądają na nieco speszonych, a na pewno zmęczonych – od ponad półtorej godziny pozowali do zdjęć, podczas gdy goście kosztowali przekąski i poili się trunkami.

Triumfalnie przechodzą przez salę pozdrawiając zebranych. Zasiadają przy wyznaczonym stole, bynajmniej nie w celu konsumpcji obiadu.

Na scenę zaproszeni zostają dwaj dygnitarze (mężczyźni w wieku rodziców młodej pary), którzy dokonują swego rodzaju laudacji i przemówienia do toastu. Jeśli dobrze zrozumiałem, są to najważniejsi goście, których obecność podnosi rangę wydarzenia (np. lokalny prawnik - zupełnie jak w niektórych filmach). Przemówienia zdają się trwać bez końca - dobrze, że wybrano tylko dwóch honorowych mówców! Następnie przemówienie pana młodego, w którym zawiera kurtuazyjne podziękowania.

Potem procesja pary młodej w stronę stojącej na środku sali platformy, na której właśnie ukazuje się kilkupiętrowy tort rodem z amerykańskich filmów. W świetle silnych reflektorów i w rytm odpowiedniej muzyki młoda para kroi tort.

Zaraz, zaraz! Przecież oni tego tortu wcale nie dotykają!

Własnym oczom nie wierzę – oni udają, że kroją tort weselny!

Wspólnie, trzymając okołometrowy „miecz”, przez minutę lub dłużej sumiennie wykonują ruchy jakby go naprawdę kroili. Z góry do dołu, kilka centymetrów w bok, z góry do dołu, itd. Ileż oni musieli ten teatralny ruch krojący ćwiczyć?!

Do dziś nie wiem, z czego tort był zrobiony, prawdopodobnie z plastiku… (czyżby był wraz z taką platformą przechodni z wesela na wesele?). Jedno jest pewne – ciasto roznoszone właśnie wśród gości przez kelnerów nie jest tortem krojonym przez parę młodą! Czuję się, jakbym właśnie wykrył jakiś podstęp, niczym Sherlock Holmes, choć dla zebranych wokół Tajów ta teatralność to zapewne nic szczególnego.

Następnie młoda para na klęczkach (!) wręcza rodzicom oraz wspomnianym dygnitarzom kawałki prawdziwego tortu przekazanego przez kelnerów. Wzajemnym ukłonom nie ma końca, można się nawet było przy tej okazji wzruszyć.

Mijają właśnie trzy kwadranse od wejścia pary młodej na salę bankietową, z czego doskonale zdaje sobie sprawę krążący wokół pary młodej reżyser spektaklu (słuchawka w uchu z mikrofonem). W rytmie odpowiedniej muzyczki następuje procesyjne wyjście z sali do lobby, gdzie fotograf już czeka na kontynuację sesji zdjęciowej umęczonej i najpewniej bardzo już głodnej młodej pary i gości. Druga sesja zdjęciowa („po weselu”) znów trwa w nieskończoność.

Tymczasem kelnerzy już dawno przestali uzupełniać jedzenie i jest ewidentne, że impreza zbliża się ku końcowi, więc goście powoli zaczynają się rozchodzić. Po niecałych trzech godzinach od mojego przybycia po weselu nie ma śladu i już wiem, że właśnie w ten nieoczekiwany sposób zyskałem wieczór, który mogę zacząć planować na własną rękę …

Szybko i konkretnie. Ileż czasu i nerwów tu zaoszczędzono w porównaniu z polskimi weselami? Dobrze znamy ten scenariusz – zwykle goście w dniu wesela od rana biegają nerwowo, bo wiedzą, że to ostatni moment na załatwienie czegokolwiek, potem następuje strojenie się i cała logistyka weselna, aż wreszcie całonocna impreza, a kolejnego dnia odsypianie i leczenie kaca.

Wizyta na tajskim weselu uzmysłowiła mi, jak współczesna aspirująca klasa średnia w Tajlandii jest rozdarta między własną tradycją a kulturą zachodu, znaną głównie z filmów amerykańskich. Mieszanie gatunków i stylów jest tu przecież na porządku dziennym, liczy się rytuał, choć nikt pewnie nie jest w stanie wytłumaczyć, co oznacza. Krojenie tortu, choćby plastikowego, bez którego wesela najwyraźniej nie można by uznać za udane, było tego najlepszym dowodem (a może to ja czegoś tu nie rozumiem?). Zresztą czy wszystko w życiu musi mieć sens? Cała ta ceremonialność dobrze się wpisuje w tajską mentalność, którą obserwuję od lat. Choć może to wydawać się nieprawdopodobne, największą część przyjęcia weselnego zajęło młodej parze pozowanie do zdjęć z gośćmi! A część oficjalna, wewnątrz specjalnie do tego wynajętej sali bankietowej – ledwo trzy kwadranse, po upływie których goście najzwyczajniej zaczęli się rozchodzić!

W Polsce powszechne są wesela w stylu „postaw się, a zastaw się”, ale po takim wydarzeniu zarówno gościom, jak i parze młodej zwykle pozostają wspomnienia na lata. Mimo, że wesele w Tajlandii trwało o wiele krócej niż polskie to będę je wspominał równie długo. Warto było przelecieć pół świata, by doświadczyć wesela w stylu tajskiej klasy średniej.

a

niedziela, 23 października 2016

Miałem ostatnio przyjemność być zaproszonym na wesele w Tajlandii. Oczywiście je zaakceptowałem - nie tylko ze względu na parę młodą i rodziców, lecz również dlatego, że była to doskonała okazja do obserwacji tamtejszych zwyczajów.

Już sama lokalizacja sugerowała, że będzie to niezwykłe wydarzenie – żadna remiza czy wiejska karczma, lecz Anantara Siam Bangkok, czyli jeden z najlepszych hoteli w Bangkoku!

Nie ukrywam, że jechałem na to wesele z konkretnymi oczekiwaniami – w końcu lokalizacja zobowiązywała. Po dotychczasowych doświadczeniach ślubno-weselnych na świecie spodziewałem się setek elitarnych gości, dodatkowo moja polska dusza liczyła na imprezę do białego rana - słowem: miałem nadzieję na przeżycia, które by się wspominało latami...

W rzeczywistości? Setki gości były, jak najbardziej, wszyscy ubrani na galowo, jak na wesele przystało. Strzałem w pudło jednak okazało się oczekiwanie imprezy do białego rana …

Po kolei. Zaproszenie było na trzynastą. Zjawiam się na kwadrans przed czasem – inni goście też już się schodzą. W lobby należy odhaczyć się na liście gości oraz zostawić kopertę z prezentem w gotówce (obowiązkowo podpisaną, aby rodzina później mogła odnotować, kto ile ofiarował).

Kilka kroków dalej obok wejścia na salę bankietową wystrojona para młoda od dłuższego czasu pozuje do zdjęć z przybywającymi gośćmi. Nikt nie ma prawa mieć wątpliwości, że to właśnie Ona i On są gwiazdami tego dnia. Dla każdego gościa stanięcie do zdjęcia w ich towarzystwie jest niezwykle nobilitujące. Jednak obserwując, jak wiele wysiłku wymaga takie intensywne pozowanie do zdjęć z każdym gościem, odnoszę wrażenie, że scenariusz imprezy był bardziej pisany z myślą o gościach, niż o młodej parze.

W czasie gdy para pozuje z kolejnymi przybyszami, ci „obsłużeni” przechodzą do sali bankietowej. W oczekiwaniu na oficjalne rozpoczęcie imprezy goście powoli przełamują początkową nieśmiałość i podchodzą do bufetu szwedzkiego - stolików z jedzeniem rozstawionych wokół sali (jak się później okaże, jest to jedyny moment na skorzystanie z oferty kulinarnej!). Dominują przekąski koktajlowe, np. kanapeczki i mini-szaszłyki. Do tego wino i inne trunki (jak na Azję przystało najpopularniejsza jest whisky). Najważniejsi goście mają przydzielone stoliki z miejscami siedzącymi, pozostali muszą się zadowolić jedzeniem i piciem na stojąco.

Około godziny po moim przybyciu rozpoczyna się część oficjalna przyjęcia weselnego, a w zasadzie jego kulminacja.

C.D.N.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 148
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  


Doha by day

Doha by night