Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
sobota, 20 stycznia 2018

Po powrocie z kolejnego weekendowego wyjazdu dostaję wiadomość, której tytuł oznajmia: znaleziono pański paszport o numerze ... Wysłane przez biuro na lotnisku. Zastanawiam się o co im chodzi. Pewnie spam jakiś! Jestem o krok od przeniesienia wiadomości do kosza, ale numer paszportu się zgadza, więc (niechętnie) zaczynam drążyć w pamięci.

Dzień wcześniej szukałem w domu karty pokładowej z ostatniego lotu, by zapisać statystyki, ale jej nie znalazłem. Niby nic dziwnego, skoro nie zdążyłem się w pełni rozpakować. Pamiętam, że karta pokładowa była w paszporcie (jak zawsze), więc skoro jej nie mogłem znaleźć to ...

CHOLERA! ONI MAJĄ MÓJ PASZPORT!!!!

Oto jak przyzwyczajenie do wieloletniej rutyny może człowieka zgubić, i to wraz z paszportem! I nawet nie zauważy!

Czas na zmiany?

P.S. Jestem niezmiernie wdzięczny załodze z mojego rejsu i służbom lotniskowym, które skrzętnie wykonały swoje obowiązki i przekazały zgubę do biura rzeczy znalezionych.



niedziela, 31 grudnia 2017

Każdy rok jest szczególny pod jakimś względem, co starałem się tu ukazywać w okolicznościowych wpisach. Lecz w porównaniu z poprzednimi latami 2017 był po prostu nadzwyczajny w wielu wymiarach. Już sam jego początek był wyjątkowy – buntowniczo spędzony Nowy Rok prognozował coś wielkiego i niekonwencjonalnego, ale jednocześnie nowy standard. Swoisty przełom? Co z tego wynikło?

Zacznijmy od podróży. Gdzie doleciałem w 2017?

Na Księżyc, a nawet dalej. Jak z każdym rokiem, i tym razem było i więcej, i szybciej, i dalej. W kończącym się roku doświadczyłem w sumie mniej startów i lądowań („tylko” 80), jednak pokonałem większą odległość niż w rekordowym 2016 (104 loty). Lotniczy dziennik podpowiada, że w powietrzu spędziłem 23 doby (549 godz.). Latałem bez wytchnienia, zwłaszcza między marcem i sierpniem – to był prawdziwy maraton lotniczy z 23 weekendami z rzędu poza Doha. Z łatwością pobiłem tym samym poprzedni rekord z 2016 (14 weekendów). Czy leci z nami lekarz psychiatra?

Co odkryłem w 2017?

Samochód kempingowy (kamper) - nowy ulubiony sposób podróżowania, do którego najwidoczniej trzeba dojrzeć. Wakacje w kamperze to kwintesencja obcowania z naturą i niezależności w przestrzeni. Idealnie, gdy nie ma zasięgu – można się odstresować i skupić na zadaniach krytycznych do przeżycia. Doceniam także elastyczność, jaką daje dach nad głową z całym dobytkiem (żadna pogoda mi niestraszna!) oraz doskonałą okazję do przećwiczenia kolaboracji i CRM w praktyce: koordynacja na ziemi i w kabinie (np.: „drzwi przygotowane i sprawdzone”), podział zadań w kokpicie (pilot lecący/pilot monitorujący). Pierwszą próbę miałem już rok wcześniej: w doskonałym towarzystwie (kobieta z kotem) wybraliśmy się na wycieczkę po Australii (z Adelajdy do Alice Springs – 2260 km przejechane w cztery dni). W tym roku byłem na aż trzech podobnych wycieczkach (1x Nowa Zelandia + 2x Australia) i marzą mi się kolejne.

Australia – w każdym aspekcie: krajobrazy, atmosfera, ludzie, wino… Australia ma osobliwe pole grawitacyjne, które przyciąga wybrane jednostki, w tym mnie. Taka swojska egzotyka, która sprawia, że czuję się tam jak w domu (zdarzał się ścisk w gardle, gdy przekraczałem granicę, naprawdę!). Choć trudno w to uwierzyć, ten kontynent odwiedziłem w 2017 r. aż osiem razy w osiem miesięcy (dziewięć, jeśli by uwzględnić wycieczkę z grudnia 2016). Oprócz wspomnianych wyjazdów w stylu kempingowym przez prerie i winnice, bywałem także w miastach, i to nawet na weekend (Sydnej, Adelajda). Takie spontaniczne wyprawy na drugi koniec świata na jedną dobę zawdzięczam mojej determinacji i sprzyjającemu rozkładowi lotów. Mimo zmęczenia (różnica czasu, długi lot) za każdym razem wracałem do domu i pracy naładowany pozytywną energią. Nigdy tego nie zapomnę!

Kangury celują w chłodnice samochodowe – odkrycie z kategorii śmiesznych po jakimś czasie. Wcale do śmiechu nam nie było, gdy uderzaliśmy frontem kampera w kangura (tzn. kangur uderzał w nas). Przestrogi mówiły by unikać jazdy przez australijską prerię o zmierzchu, a my raz jedyny zdaliśmy się na szczęście i od razu taki dramat. Zacznijmy od tego, że kangur przeżył – po chwili odkicał z powrotem do buszu. Nie przeżyła nasza chłodnica, dzięki czemu mieliśmy sponsorowaną przez ubezpieczenie przejażdżkę lawetą. Ale frajda!

 

Vancouver i Kanada – długo wyczekiwany wyjazd, po powrocie z którego opowiadałem o moich wrażeniach godzinami. Mnóstwo pozytywów (dużo podobieństw do Australii), na które w tym wpisie nie znajdę miejsca. Ze względu na odległość Kanada była dla mnie niezbadanym do tej pory terytorium, tym większym szokiem było doświadczenie jej w tak pozytywnym świetle. Jak to się stało, że wcześniej tam nie trafiłem?

Nowa Zelandia – zasługuje na wspomnienie bardziej jako anty-odkrycie. Uważam, że z perspektywy Europejczyka, (prawie) wszystko co Nowa Zelandia ma do zaoferowania nie jest warte wyprawy dookoła świata (koszt przelotu, wysokie ceny na miejscu, o wykańczającej różnicy czasu nie wspominając). Owce na zielonych pastwiskach można zobaczyć w Szkocji, fiordy w Norwegii, a jak komuś się marzy pustelnia to zapraszam w nasze Bieszczady. Nie mam nic przeciwko temu krajowi, ale w moim rankingu w tym regionie świata Australia wygrywa w przedbiegach.

Ile kosztuje godzina przyjemności (w powietrzu, rzecz jasna!) – do tego odkrycia wystarczyła empiria i kalkulator. Odpowiedź waha się między 30 a 50 dol. Tyle kosztuje przyjemność lotu klasą biznes na długich rejsach na biletach pracowniczych. Najtaniej wychodzi lot do Nowej Zelandii (ok. $30 na godz.), a najdrożej Adelajda ($50 – rejs trwa tylko 12-13 godz. więc jest krótszy od AKL prawie o 1/3, ale w sumie droższy ze względu na wysokie podatki lotniskowe). Warto być świadomym tej różnicy, gdy się planuje taką podróż tylko w celu doświadczenia klasy biznes.

Co za dużo, to niezdrowo – to odkrycie jest kwintesencją tego roku. Do tej konstatacji doszedłem, gdy przestało mi smakować wino i jedzenie w klasie biznes (bywały takie okresy, w których dwie noce w każdym tygodniu spędzałem w wygodnym łóżku w … samolocie). Jednocześnie zacząłem się interesować koncepcją minimalizmu, do którego jak ksiądz z ambony nawoływałem na ostatnim spotkaniu Toastmasters. Tak oto życie lubi sobie z nas zażartować …

 

Czego doświadczyłem w 2017?

Najdłuższy lot świata – historyczne wydarzenie dla branży, dla firmy oraz dla mnie jako zbieracza statystyk. Więcej szczegółów o moim rejsie z Auckland do Doha w dedykowanym wpisie sprzed kilku miesięcy.

Lądowania w Sydney, które o zachodzie słońca bywają po prostu magiczne. Na podejściu do pasa 16R, siedząc po lewej stronie, obserwowałem panoramę miasta: malownicze osiedla wzdłuż rzeki, porty jachtowe i wreszcie centrum miasta z operą i charakterystycznym mostem. Taki widok to swego rodzaju nagroda po długim locie, na którą warto było czekać. W 2017 zafundowałem sobie taką przyjemność pięć razy – w zależności od pory roku było to po zmroku, o zmierzchu albo niedługo przed zachodem słońca. Każde doświadczenie było lepsze od poprzedniego, uzależniające wręcz, nic dziwnego więc, że było ich aż tyle.

29 tęczy w tydzień (w tym dwie podwójne) – czy to w ogóle możliwe? Otóż tak - w Australii Zachodniej, w okolicy Albany, na płd.-wsch. od Perth. Nieświadomi do czego to zmierza, po trzeciej tęczy zaczęliśmy je liczyć. A potem było już z górki - okazało się, że podróżujemy po Tęczowym Wybrzeżu, którego mieszkańcy nawet na podwójne tęcze nie zwracają uwagi (potrójne to co innego). Po pewnym czasie nawet nauczyliśmy się je prognozować: jedziemy kamperem, przestało padać, więc jest potencjał na tęczę. – Sprawdź w bocznym lusterku. – O, znowu tęcza! Nauczeni, że tęcze są trudne do uchwycenia i ulotne, po tygodniu staliśmy się ignorantami. - Ile można patrzeć w tęczę? – Najlepiej tak długo, jak trwa. – W Polsce może i tak, ale nie w Zachodniej Australii, gdzie tęcza potrafi trwać pół godz.!

Plenery Nad Niemnem oraz innych wymagających dzieł: Pan Tadeusz, Stary człowiek i morze, jak również nadmorskich wątków u Agathy Christie. Znowu ta Australia … Krajobrazy w tym kraju zapierają dech w piersiach i najczęściej można je podziwiać w samotności (poza głównym turystycznym szlakiem jest tak mało turystów, że każdej napotkanej osobie wypada się ukłonić!)

Huragan Debbie (w zasadzie resztki po nim) -  trafił nas w trakcie wycieczki po Nowej Zelandii dość niespodziewanie. O tym, że mamy do czynienia z Debbie dowiedzieliśmy się przypadkiem, z gazet na stacji benzynowej, dopiero gdy sytuacja się poprawiała. Przez dwa dni doświadczaliśmy nieprzerwanej ulewy i porywistego wiatru, co wcale nie pokrzyżowało planów, bo naszym głównym celem było objechanie części wyspy i podziwianie widoków. Debbie zza okna kampera nie wyglądało tak groźnie, choć następnym razem przy parkowaniu na noc nad strumykiem będę pamiętać by oszacować ryzyko, że do rana może zamienić się w rwący potok.

Podróż w dziobie jumbo jeta - znów z Lufthansą w roli głównej (z Buenos Aires do Frankfurtu, miejsce 2A). Ta część samolotu jest szczególna, bo w pierwszych 2-3 rzędach siedzi się bliżej dziobu niż piloci w kokpicie powyżej; dodatkowo okna są zwrócone pod kątem w stosunku do kierunku lotu by tworzyć aerodynamicznie wyprofilowany opływ dla strug powietrza. Po wcześniejszych sukcesach z podróżami w garbie mogłem w końcu porównać te doświadczenia. Oba są równie ekskluzywne, jednak kabina w dziobie jest bardziej przestrzenna, więc następnym razem będę prosił o 1A albo 2A!

Co za rok!



piątek, 29 grudnia 2017

Moja podróż trwa. Od 36 godz. zdobywam świat, kolejno: Doha, Bangkok, Osaka, w końcu Frankfurt. Na ostatnim locie z Osaki spełniłem wieloletnie marzenie o podróży w garbie jumbo jeta. Po wyjściu z samolotu trudno mi było uwierzyć, że to niezwykłe doświadczenie mam już za sobą, i że poszło mi tak gładko. Co dalej?

Piątek po południu. Frankfurt.

Do końca mini-urlopu pozostało mi półtora dnia. Jak najlepiej wykorzystać ten czas? Mogę zostać na noc we Frankfurcie, przecież mimo licznych wizyt na tutejszym lotnisku nigdy nie miałem okazji zwiedzić miasta. Jednakże konieczność szukania noclegu mnie zniechęca. Mógłbym też powiedzieć sobie „khalas” i wrócić do Kataru najbliższym rejsem. Jeszcze dziś zasnąć we własnym łóżku i odpocząć po tych wykańczających podróżach. Żadna z tych opcji mnie nie ekscytuje. Gdzie spędzić najbliższą noc? Nie we Frankfurcie, nie w Doha. Musi być jakaś trzecia opcja, po prostu musi!

Uwaga! Czytanie dalszej części odradza się osobom wrażliwym na zachowania „racjonalne-inaczej”.

Jestem na lotnisku we Frankfurcie, olbrzymim porcie bazowym Lufthansy, z którego flagowe jumbo jety odlatują we wszystkich kierunkach. Skoro byłem skłonny oblecieć pół świata, by wsiąść na pokład jumbo jeta w Osace, głupotą byłoby teraz nie skorzystać z kolejnej okazji lotu tym modelem samolotu. Kuj żelazo, póki gorące!

W sumie mogę lecieć gdziekolwiek, byle tylko zdążyć na niedzielę do pracy. Johannesburg? Stamtąd do Kataru będzie „rzut beretem”, tylko niewiele dalej niż z Frankfurtu. Wieczorne połączenie do tego miasta w RPA również wykonuje jumbo jet, jednak tym razem jest to najnowszy model, tj. Boeing 747-8 Intercontinental - nowinka sprzed kilku lat. Mój umysł zaprząta tylko jedna myśl: gdyby znowu udało się dostać miejsce w garbie … Stoję przed szansą doświadczenia dwóch generacji jumbo jetów w trakcie jednego wyjazdu. A przecież wcześniej o przelocie 747-8 nawet nie śmiałem marzyć. Tylko ja mogłem wpaść na taki pomysł, jestem z siebie dumny!



Choć do odlotu pozostało ponad 8 godz., nieśmiało idę do stanowiska odprawy Lufthansy. Nawet nie zdążam zapytać o miejsce w garbie, gdy agent wręcza mi kartę pokładową: nie tylko ze wskazanym miejscem (zamiast standby), nie tylko w klasie biznes, lecz nawet na górnym pokładzie!

- Niechże ktoś mnie uszczypnie! Spełniam marzenia, jedno po drugim!

Skoro już wiem, gdzie spędzę kolejną noc mogę się już zrelaksować. Właśnie zyskałem całe popołudnie, a piękna, letnia pogoda wspiera moją myśl, by udać się z lotniska do miasta. Trafiłem na sprzyjającą konstelację gwiazd i mogę upiec kolejną pieczeń na jednym ogniu …



Bez konkretnego celu spaceruję po malowniczych uliczkach, które o tej porze roku tętnią życiem. Natrafiam na dzielnicowe targowisko, na którym są też budki z jedzeniem i lokalnymi trunkami. Zbliża się piątkowy wieczór, więc zabawa trwa w najlepsze. Udziela mi się ten nastrój i nawet przysiadam się z kieliszkiem wina do jednej z grup. Jednak nie zdradzam niemieckim współbiesiadnikom mojego sekretu, nie zdradza go również mój niewinny wygląd: smart casual i mały plecak. Jestem tu tylko w tranzycie; w kieszeni mam kartę wstępu na górny pokład jumbo jeta, w którym mam zarezerwowane łóżko na najbliższą noc. Skąd przybywam? Właściwie to z Kataru, mało istotne, że przez Bangkok i Osakę. Upajam się anonimowością tej spontanicznej interakcji. A przecież w czasach Facebooka dzielenie się takimi informacjami z całym światem wydaje się zupełnie normalne. 



Piątek wieczór. Frankfurt.

To był bardzo długi dzień, ledwo pamiętam wschód słońca, który podziwiałem przed lądowaniem w Osace. Moje ciało zasługuje na odpoczynek, wracam więc na lotnisko, bo – choć nawet mi trudno w to uwierzyć - tam dziś czeka na mnie łóżko: znowu na górnym pokładzie jumbo jeta!

4. Frankfurt - Johannesburg.

Lufthansa. Boeing 747-8 Intercontinental. Miejsce 83K.

Wylot o 23. Przylot o 9 rano.

Czas w powietrzu: 10 godz. 6 min.

Wchodzę na pokład jak do siebie. Choć to dopiero moje drugie doświadczenie w klasie biznes Lufthansy, czuję się tu ekspertem. Fotele są podobne do tych na poprzednim samolocie, jednak kabina jest dłuższa o kilka rzędów, więc wydaje się mniej klaustrofobiczna. Tym razem mam miejsce przy oknie, w trzecim rzędzie górnego pokładu. To będzie moja trzecia noc z rzędu w samolocie, więc wygodnie się rozsiadam i myślę już tylko o spaniu.

Po dłużącym się kołowaniu w końcu rozpędzamy się do startu. Mam wrażenie, że rotacja trwa w nieskończoność. Taka jest przynajmniej perspektywa z garbu tego jeszcze bardziej olbrzymiego, leniwego słonia. Przecież Boeing 747-8 Intercontinental to najdłuższy pasażerski samolot świata (76,3m), może jednak rozmiar ma znaczenie?

Kto by pomyślał, że rekord jakości i długości snu z poprzedniego lotu może zostać pobity tej nocy? Tym razem śpię jak w bajce i to przez całe 7 godz.! Na godzinę przed lądowaniem zrywam się w panice, że ominęło mnie śniadanie. A tu się okazuje, że załoga dopiero serwis bezstresowo rozpoczyna (w QR byłoby już pozamiatane: ze względu na złożoność serwisu załogom QR zdarza się budzić pasażerów do śniadania na 2 i pół godz. przed lądowaniem!).

Sobota rano. Johannesburg.

Po trzeciej nocy w samolocie w końcu ląduję w Johannesburgu.

- Tylko po co ja tu przyjechałem?

- Skąd te wątpliwości? Przecież wszystko ma sens: jestem w drodze powrotnej do Kataru, w niedzielę rano idę do pracy. Opcje na teraz mam co najmniej dwie: zwiedzanie miasta, na które w ogóle nie jestem przygotowany i łapanie kolejnego nocnego lotu; albo przeczekanie kilku godzin na lotnisku i wylot wczesnym popołudniem. Mimo, że pierwsza opcja brzmi ciekawie, to istnieje ryzyko, że ze względu na wysokie obłożenie ten lot będzie niekomfortowy, a to po trzech nocach w powietrzu byłoby dla mojego ciała katorgą. Wygrywa zatem opcja komfortowa, z perspektywą przespania kolejnej nocy we własnym łóżku. Czas pozostały do odlotu zabijam na tarasie widokowym, skąd obserwuję lotniskowe operacje i przylot samolotu Qatar Airways, który wkrótce zabierze mnie do domu.

 Sobota po południu. Johannesburg.

Jestem dość zmęczony, ale całkiem wyspany (naprawdę dało się w klasie biznes Lufthansy wyspać), prysznic jednak by się przydał (takiego luksusu na Lufthansie nie mieli, i dobrze!). Próbuję sobie przypomnieć, kiedy w ogóle ostatnio brałem prysznic. W Bangkoku, w czwartek wieczorem! Jeden dzień, dwie noce, trzy długie loty temu! Ze względu na różnicę czasu wychodzi równo 46 godz.!! Postanawiam nie bić rekordu w tej kategorii, więc odświeżam się tuż przed kolejnym lotem w jednym z lotniskowych saloników.

5. Johannesburg - Doha.

Qatar Airways. Boeing 777-300ER. Miejsce 1K.

Wylot o 14. Przylot o 23.

Czas w powietrzu: 7 godz. 34 min.

Obleciałem świat, stałem się ekspertem w podróżach w garbie jumbo jeta Lufthansy, jednak to tu - na pokładzie QR - czuję się jak w domu. Czuję ulgę, że żadnej kolejnej przesiadki nie muszę już planować. Po przebyciu tylu zaułków niepewności w ostatnich kilkudziesięciu godzinach przyjemnie jest wrócić do siebie.

Sobota wieczorem. Doha.

Po 70 godz. ciągłej podróży zbliżam się do lądowania z powrotem w Doha. Tuż przed przyziemieniem w programie tv pojawia się piosenka Jesse Glynn, z której wyłapuję symboliczny w kontekście tej wycieczki wers: I’m ready for this! Warto kuć żelazo, póki gorące. Gdybym zwątpił lub zawahał się w którymś momencie tej wycieczki, lub nawet w czasie jej planowania, nie doszłaby do skutku.

Determinacja i elastyczność to podstawa sukcesu tego wyjazdu. Intuicyjnie wyczułem dobry czas i spontanicznie przeszedłem do czynów. Ledwo cztery dni temu zacząłem układać plan wycieczki, tak naprawdę na kilka godzin przed wylotem, a później go na bieżąco ulepszałem. Na każdym kroku, zwłaszcza po wylądowaniu we Frankfurcie, nie spocząłem na laurach, lecz chwytałem okazje, które się przede mną odkrywały.

 

Ostatnie trzy dni i trzy noce spędziłem w samolotach i na lotniskach. Poznałem kilka interesujących osób. Zwiedziłem nawet miasto, w którym nigdy nie byłem. Ot, spełniłem właśnie marzenie o podróży w garbie jumbo jeta, i to podwójnie!

Życie jest piękne!



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 154
| < Styczeń 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        


Doha by day

Doha by night