Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
środa, 23 maja 2007

Wyjazd na stałe do dalekiego kraju w innej strefie klimatycznej to całkiem spory projekt, zwłaszcza pod kątem logistycznym. Bieganie po najróżniejszych urzędach, szczepienia, dokładne planowanie zawartości walizek, których ciężar był przecież ograniczony. To m.in. zakupy - zwłaszcza ciuchów letnich w jedynie słusznym (beżowym) kolorze - tak mi się przynajmniej do tej pory wydawało. Wreszcie należyte pożegnanie się z przyjaciółmi i rodziną…

Ogarnięcie wszystkich spraw było niemałym wyzwaniem, a skoro już tu jestem, cały i zdrowy - mogę z dumą stwierdzić, że sobie poradziłem.

Musze przyznać, że dokładne planowanie - z użyciem MS Excela :-) - jakie uskuteczniłem przed wyjazdem teraz procentuje, bo z dumą przyznaję, że wszystko, co spakowałem do walizki się przydaje i jednocześnie niczego niezbędnego nie zapomniałem - oprócz może rozmówek polsko-arabskich, ale na nie jeszcze przyjdzie czas…

niedziela, 20 maja 2007

Spanie w hotelu przez trzy tygodnie ma swoje plusy i minusy. Niby wszystko jest, basen, Internet bezprzewodowy, telewizor z MTV i Al Jazeerą, nawet lodóweczka gdzie można schłodzić wodę i … przechować masełko.

No właśnie – kwestia masełka, żółtego sera i salami (wołowej) w lodówce. Żarcie w knajpach hotelowych do najtańszych nie należy (śniadanie podane do łóżka niby tylko ok. 35PLN, ale - HALO - to w końcu tylko śniadanie :-P) W ten sposób na marmurowym stole, który z założenia miał być chyba tylko dekoracją przestronnego wnętrza mojego pokoju, znalazły się różne smakołyki – od keczupu Heinza, przez świeże ciabatty aż po konfiturę Bonne Mamman (kto zna ten mnie zrozumie :) Przyznajcie sami – widok dość nietypowy jak na pokój w czterogwiazdkowym hotelu w samym centrum Doha (centrów miasta jest wedle przewodników turystycznych kilka, to akurat uznawane jest głównie za – o ironio! - centrum gastronomiczno-knajpiane).

 

Hotel Ramada

 

I trochę brakuje mi tu czajnika – herbaty na zimno zrobić się wszak nie da. Ale przynajmniej żelazka Philipsa (wow!) się dorobiłem – nie mam tylko na czym prasować. Ehhh. Czy ja narzekam?

Trochę ponarzekać jednak muszę. Po prostu muszę. Całe miasto się intensywnie rozbudowuje, dotyczy to również mojego hotelu. Otwarte jest już nowe skrzydło hotelu o rozmiarach większych niż skrzydło dotychczasowe. Widok imponujący zwłaszcza, że cała elewacja błyszczy się na złoto. Nic jednak nie wskazuje na to, że jeszcze trzy miesiące wcześniej nowe skrzydło, parkingi, droga dojazdowa itp. były w stanie ledwo zaawansowanej budowy. Widok naprawdę imponujący, szkoda tylko że wycięli rosnące wzdłuż starej drogi krzewy i drzewa – teraz jest tylko beton i kamienie. I piach, jak na pustyni. Pojawił się również chodnik, wąski dość, a na nim postawili olbrzymie, zajmujące całą szerokość owego chodnika, betonowe donice z jakimiś krzewami. Tak wiec krzewy wycięli i wstawili do donic stojących na środku chodnika. Lubię zieleń, nawet sztucznie podlewaną, ale chodnika jak nie było, tak nie ma. Dla pieszych miejsca się tu po prostu nie przewiduje.

 

Komentarz niepotrzebny

 

Najwyraźniej głęboko wierzą w to, że każdy gość hotelowy nie marzy o niczym innym jak wynajem jednego z kilkudziesięciu bordowych jaguarów XJ6L, które mogą jako taksówka zawieźć gości spod hotelu gdzieś w „miacho” za bagatelka 50 riyali (ok. 40 PLN)? Fajna atrakcja, ale jeśli centrum handlowe jest oddalone 5 minut na piechotę to wolę na piechotę. Nawet przy tutejszych temperaturach…

sobota, 19 maja 2007

Jak to jest gdy Europejczyk przylatuje do Doha po raz drugi – po trzech miesiącach? Wszystko wydaje się banalnie znajome. Banalnie? Bo aż do przesady znajome, wręcz takie same.

Taka sama karteczka z moim nazwiskiem w rękach czekającej na mnie Nepalki (tym razem już nie Filipinki…) z Al Maha Meet&Greet Service. Takie same olbrzymie kolejki do odprawy paszportowej i wizowej, tak samo szybko je omijam dzięki towarzyszeniu wspomnianej Nepalki, takie samo współczucie z mojej strony dla tych, którzy zostali z tyłu kolejki. W zasadzie nic od ostatniej wizyty się nie zmieniło oprócz może temperatury.

Jak przyleciałem dochodziła prawie północ – temperatura wynosiła 34 st. C – wyjściu z klimatyzowanego terminala na lotnisku towarzyszył gorący powiew powietrza. Czułem, że jak lepiej wiatr zawieje, to było jeszcze gorzej – gorąc bił z dołu – czyli od asfaltu. De facto więc temperatura, jaką się odczuwało, była jeszcze wyższa.

Tym razem zetknięcie z całkowicie odmiennym „otoczeniem” nie było już tak szokujące jak za pierwszym razem – zapewniam, że do widoku kobiet-celników ubranych w tradycyjne czarne arabskie stroje (przepraszam za brak fachowych określeń) można się bardzo szybko przyzwyczaić. Podobnie jak do tłumu mężczyzn o ciemnożółtym kolorze skóry (a la Filipiny etc.) czekających nie wiadomo na co najczęściej w pozycji leżacej na asfalcie tuż przy wyjściu z terminala przylotów. Tak więc od razu poczułem się jak u siebie – widoki te i wiele innych pamiętałem jeszcze z lutego, gdy przyleciałem do Doha po raz pierwszy.

Nie dało się zapomnieć także uroczego kierowcy hotelowego autobusu pochodzenia być może filipińskiego, którego wymowę angielską trudno było zrozumieć. Czekał na mnie i kilka innych osób w hali przylotów. Na powitanie powiedział coś, czego nie byłem w stanie zrozumieć. Jednak tym razem nie musiałem prosić po kilka razy o powtórzenie zadawanego mi pytania – wszak pytanie to i kilka kolejnych były (a jakże) takie, jak kilka miesięcy wcześniej – wiedziałem mniej więcej o co pyta, więc mogłem coś tam odpowiedzieć. I już. Ot – sposób na zapewnienie stałego poziomu usług pasażerów autobusu zmierzającego do hotelu Ramada …

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      


Doha by day

Doha by night