Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
czwartek, 28 grudnia 2017

Długie lata rozważań i jeden dzień planowania wystarczyły, by przejść do realizacji mojego marzenia o podróży w garbie jumbo jeta.

Czwartek, po północy. Doha.

Ruszam z domu na lotnisko z małym plecakiem podręcznym i szkicem planu podróży w kieszeni. W najbliższych kilkudziesięciu godzinach zamierzam być w Bangkoku, Osace i Frankfurcie, więc przydadzą się zarówno klapki, jak i sweter.

Przede mną podróż, która rodzi się w głowie prawie na bieżąco. Celem jest przelot jumbo jetem Lufthansy z Osaki do Frankfurtu w piątek rano. Jeszcze kilka godzin temu szukałem optymalnego scenariusza: którędy dostać się z Doha do Osaki?; gdzie szukać noclegu? - Co zrobić po przylocie do Frankfurtu? – to pytanie pozostawiam na razie otwarte.

1. Doha-Bangkok Suvarnabhumi.

Qatar Airways. Airbus A380. Miejsce 15A.

Wylot o 2 rano. Przylot o 11 rano.

Czas w powietrzu: 6 godz. 21 min.

Na pierwszym locie - przez noc, z Doha do Bangkoku - śpię kilka godzin. Ląduję w południe, a przesiadkę mam przed północą, więc wybieram się do centrum miasta. Funduję sobie tajski masaż, który jest fantastycznym remedium dla zmęczonego podróżnika. To tak na zapas, bo o zmęczeniu nie może być mowy, skoro wycieczka dopiero się zaczęła. Dopiero późnym popołudniem dopada mnie senność, więc w zaprzyjaźnionym schronisku proszę o łóżko na kilka godzin i możliwość wzięcia prysznica.

Czwartek wieczór. Bangkok.

Wieczorem, w drodze powrotnej na lotnisko, dopada mnie tropikalna ulewa, czyli, jak na ironię, dopiero wtedy, gdy odświeżony i wypachniony po prysznicu, jestem przebrany w smart casual, czyli ubranie wymagane w podróży na biletach pracowniczych. Rutynowo doprowadzam się do porządku w lotniskowej toalecie (a propos rutyny: po czym poznać pracownika linii lotniczej w podróży? – po magicznej metamorfozie w lotniskowej toalecie: wchodzi w klapkach, szortach i koszulce, a po 10-15 min. wychodzi w eleganckich butach, długich spodniach i koszuli z kołnierzykiem). 

W końcu melduję się do odprawy na rejs Japan Airlines do Osaki. Mimo obaw o obłożenie, dostaję wygodne miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym.

2. Bangkok Suvarnabhumi – Osaka Kansai.

Japan Airlines. Boeing 787 Dreamliner. Miejsce 45A.

Wylot o 23. Przylot o 6 rano.

Czas w powietrzu: 5 godz. 1 min.

Drugi lot, również przez noc, odbywa się z efektami specjalnymi w cenie biletu. W okolicy Hong Kongu zauważam w oddali festiwal świateł – najbardziej intensywną burzę jaką w życiu widziałem. Trudno oderwać od niej wzrok – są to wielokrotne wyładowania pod olbrzymią chmurzastą pierzynką, przeradzające się w kolejne, i kolejne. Błyskawice bez słyszalnych grzmotów mają w sobie magię, zwłaszcza obserwowane z pokładu samolotu, którego silniki usypiająco buczą, ignorując powagę sytuacji atmosferycznej nieopodal. Jakież to szczęście w życiu siedzieć przy oknie w samolocie i kontemplować o siłach w przyrodzie: tych, które najlepiej obserwować z daleka, i tych, które takie obserwacje umożliwiają (przy okazji dostając szyjoskrętu).

Piątek rano. Osaka.

Lądowanie na położonym na sztucznej wyspie lotnisku Kansai w Osace jest zawsze zjawiskowe. W trakcie podejścia obserwuję, jak wschodzi słońce. To już drugi wschód od początku wycieczki, czyli niecałych 24 godz. Za mną dwie noce w samolocie, a to dopiero początek. Jestem w punkcie, w którym wycieczka miała się dopiero zacząć, a za mną już tyle przygód!

Po przejściu kontroli paszportowej niezwłocznie kieruję się do odprawy na rejs Lufthansy. Z ręką na sercu pytam agentkę, czy w ogóle są wolne miejsca. Okazuje się, że są. Co za ulga! Uśmiecham się i nabieram dużo powietrza, by na jednym wydechu wyjaśnić cel mojej wycieczki i wybłagać miejsce na górnym pokładzie (zwykle trudno je dostać, na dolnym pokładzie jest ich o wiele więcej).

- Czy pierwszy rząd, przy przejściu, Panu odpowiada?

- Jak najbardziej! Dziękuję, właśnie pomogła Pani spełnić moje marzenie!!!

Z dumą odbieram kartę pokładową na mój lot, z niepozornym numerem miejsca: 81H i, w co trudno uwierzyć, z moim nazwiskiem!



3. Osaka Kansai - Frankfurt.

Lufthansa. Boeing 747-400. Miejsce 81H.

Wylot o 10 rano. Przylot o 14.

Czas w powietrzu: 11 godz. 18 min.

Na ten moment czekałem od dawna, w zasadzie od kilku lat. Cały dzień i dwie noce zajęło mi przebycie pół świata, z Bliskiego Wschodu przez Tajlandię do Japonii, tylko po to, by teraz, wchodząc na pokład Boeinga 747-400, zostać skierowany do schodów prowadzących na górny pokład. I udać się w podróż do … Europy.

Grzecznie zajmuję moje miejsce, które okazuje się być tuż przy drzwiach do kokpitu. Próbuję obserwować wszystko, co się dzieje wokół mnie: współpasażerów, kokpit (gdy drzwi są otwarte), procedury naziemne. Jestem podekscytowany, chłonę każdą chwilę tego doświadczenia.

Startujemy. Czuję jakbym siedział na grzbiecie leniwego słonia (ponad 400t masy) rozpędzającego się z użyciem jakiejś magicznej siły (prawie nie słychać silników, które są daleko za mną). To ze względu na wysokość i bliskość dziobu samolotu wrażenia zmysłowe przy starcie na górnym pokładzie jumbo jeta są tak niezapomniane.

Wkrótce po udelektowaniu się niemieckim winem musującym łapie mnie senność. Mimo że lot odbywa się w ciągu dnia, przez bite 5 godz. doświadczam najlepszego snu na świecie. Ten model samolotu we flocie LH nie ma w klasie biznes foteli najnowszej generacji, jednak zwykłemu śmiertelnikowi to wystarcza, by zregenerować siły. Po raz kolejny mam okazję docenić prostotę i pragmatyczność wielu rozwiązań w tej flagowej, niemieckiej firmie. Ponadto, jestem zauroczony osobowością i zachowaniem stewardess; mimo że ich średnia wieku jest wiele wyższa niż w Qatar Airways, po prostu wieje od nich świeżością – po wielu latach przyzwyczajenia do jednej linii lotniczej w takich momentach po prostu docenia się inność.

Ponad 11 godz. w powietrzu zleciało zdecydowanie za szybko, a wino musujące było zbyt smaczne, by z jednego kieliszka starczyło na prolog i epilog zarazem. Podekscytowany, acz wypoczęty, podchodzę do lądowania we Frankfurcie. Lądowanie na górnym pokładzie jumbo jeta, podobnie jak start, też silnie oddziałuje na zmysły, nawet jeśli są nieco przytępione …

Po wyjściu z samolotu zatrzymuję się, by przez szybę terminala spojrzeć z podziwem na maszynę, od lat określaną jako Królowa Przestworzy, która w majestatycznym bezruchu właśnie studzi się przed kolejną misją w daleki świat. Dzięki niej właśnie spełniło się moje marzenie.



Piątek po południu. Frankfurt.

Trudno mi uwierzyć, że to niezwykłe doświadczenie mam już za sobą, i że poszło mi tak gładko. Co dalej? Do końca mini-urlopu pozostało mi półtora dnia. Jak najlepiej wykorzystać ten czas? Mogę zostać na noc we Frankfurcie, przecież mimo licznych wizyt na tutejszym lotnisku nigdy nie miałem okazji zwiedzić miasta. Mógłbym też powiedzieć sobie "khalas" i wrócić do Kataru najbliższym rejsem i jeszcze dziś zasnąć we własnym łóżku i odpocząć po tych wykańczających podróżach. Żadna z tych opcji mnie nie ekscytuje. Musi być jakaś trzecia, po prostu musi!

Ciąg dalszy w kolejnym wpisie :)



środa, 27 grudnia 2017

Od wielu lat marzyłem o podróży w garbie jumbo jeta. - W czym? - spytałby niejeden przedstawiciel najmłodszego pokolenia. - W garbie, czyli na charakterystycznym górnym pokładzie jumbo jeta, czyli legendarnego na całym świecie samolotu Boeing 747. - Co w tym szczególnego? – Jumbo jet był w swoim czasie flagowym modelem niemal wszystkich liczących się przewoźników lotniczych na świecie, a jego górny pokład ikoną luksusu, niedostępną dla mas. Garb rozciągał się od dziobu na ok. ¼ długości samolotu, a względnie mała (krótka) kabina dawała poczucie elitarności – w zależności od konfiguracji mieściły się tam fotele klasy pierwszej/biznesowej lub salonik dla pasażerów tych klas.

Spełnienie mojego marzenia z roku na rok stawało się coraz trudniejsze, gdyż jumbo jety są stopniowo wycofywane ze służby. Ze względu na dostępność zniżkowych biletów w grę wchodziła jedynie Lufthansa. Krok po kroku zatem.

Środa rano. W przerwie w pracy robię szybką analizę rozkładów Lufthansy (oczywiście w excelu, z wykorzystaniem tabeli przestawnej).

Boston? – odpada, bo to tylko 7-8 godzin z Frankfurtu. Na tak krótkim locie nie da się w pełni docenić takiego doświadczenia. Szanghaj? – dłuższy rejs, ale w wybranych przeze mnie dniach istnieje ryzyko dostania miejsca „z tyłu” zamiast w garbie. Osaka? – podobnie. Przezornie sprawdzam odwrotny kierunek, czyli z Osaki do Frankfurtu: sytuacja wygląda obiecująco! Tylko jak ja się dostanę do Osaki, skoro nie ma już bezpośredniego połączenia z Kataru?

Środa popołudnie. Właśnie skończyłem pracę, na czwartek mam wzięty dzień wolny, a potem dwa dni weekendu. Wiem już przynajmniej tyle, że z Osaki do Frankfurtu będę odlatywał w piątek o 10 rano. Nadal nie mam pojęcia jak się tam dostanę. Pozostaje mi tylko znaleźć się w Osace...

Pierwsza myśl to oczywiście przesiadka w Tokio – skomplikowana sprawa, bo trzeba zmieniać lotniska. Ruszałbym z Doha po północy, więc plusem tej opcji jest to, że miałbym jeszcze sporo czasu na spakowanie i porządniejsze zaplanowanie wycieczki. Jak nie Tokio, to może przez Seul, też po północy? Opcja niezła, ale wymaga znalezienia noclegu w Osace, na co nie mam teraz ani czasu, ani ochoty. Szukam dalej ....

Bangkok? Przecież to nie po drodze! - ta nieśmiała myśl próbuje oprzeć się nokautowi wydumanej racjonalności. Z drugiej strony pomysł wydaje się niezły: jest nowatorski, out of the box. Wywołany tymi myślami dyskomfort próbuję ujarzmić wracając do wyszukiwania noclegu w ... Osace. Ale to przecież nie pomaga ... Dobrze znam to uczucie. Wstaję więc od ekranu komputera, przy którym siedzę bez przerwy od dwóch godzin. Łapię oddech i po krótkim spacerze po budynku spoglądam na sytuację z nowej perspektywy.

Mógłbym wyruszyć z Doha do Bangkoku już za 4 godz., tylko, że ja wciąż jestem w biurze, w środku burzy mózgów, bez zaplanowanej trasy, o kupowaniu biletów i pakowaniu nie wspominając. Gdyby jednak poczekać na kolejny rejs (po północy), miałbym tyle samo czasu na przygotowania, co inne opcje.

Tranzyt w Bangkoku w końcu zwycięża, bo oznacza, że dodatkowo będę miał okazję przelecieć się Japan Airlines, o czym też marzyłem już od dawna. Spełniamy marzenia, dwa w jednym!

Nagle czuję, jak kamień spada mi z serca. Mam ustaloną trasę, nareszcie kupuję bilety. Do tej pory wszystko było tylko pomysłem-marzeniem. Teraz wygląda na to, że ten szalony wyjazd ma szanse dojść do skutku.

Jak było więc?



wtorek, 17 października 2017

Latało się dookoła świata (w sześć dni), skakało się także między wyspami Pacyfiku - na pokładzie legendarnego rejsu CO197. Wśród lotniczych przygód przyszła teraz kolej na pokonanie jeszcze mniej zbadanych przestworzy: Południowy Pacyfik.

Ale czy to wystarczający powód by lecieć taki kawał drogi w celu pokonania skrawka oceanu? Jak by tu nadać temu przedsięwzięciu więcej "sensu"?

Od mojej pierwszej podróży dookoła świata minęło kilka lat. Podróżowałem wtedy nad Północnym Pacyfikiem w kierunku zachodnim, co oznacza, że straciłem przez to jeden dzień (ze względu na zmianę daty). Obecny pomysł byłby doskonałą okazją, abym go odzyskał, przemieszczając się w przeciwnym kierunku.

Południowy Pacyfik jest bodaj najbardziej dziewiczym regionem dla lotnictwa. Większość lotów odbywa się między małymi wyspami oceanu, których egzystencja w dużej mierze zależy od komunikacji lotniczej. Rejsy dalekodystansowe natomiast należą do rzadkości. Opcje na przemieszczanie się między tymi kontynentami można wręcz policzyć na palcach jednej dłoni.

 

Co łączy Australię czy nową Zelandię z Ameryką Południową? Jest to nawet 13 godz. różnicy czasu, do których pokonania potrzebne jest 12 godz. lotu. Oto sposób na odzyskanie utraconego kiedyś dnia i podróż do przeszłości!

Do wyboru tylko kilku przewoźników, m.in. Qantas, który lata między Sydnej i Santiago w Chile. Po dotarciu do Sydnej w piątkowy wieczór daję sobie półtora dnia na "odpoczynek" i aklimatyzację różnicy czasu (jestem 7 godz. do przodu w porównaniu do Doha). Klimat i atmosfera tego miasta stwarzają doskonałe warunki do regeneracji sił... W końcu w niedzielny poranek udaję się na lotnisko i dostaję miejsce na wymarzonym rejsie z Australii do Ameryki Południowej! Startuję w południe i po ponad 12 godz. w powietrzu ląduję po drugiej stronie oceanu o 11 rano tego samego dnia, czyli w przeszłości!

Taki lot przez Południowy Pacyfik łączy bardzo odległe światy, jest swoistym dowodem na kulistość naszej planety. Czuję się jak doświadczony w żegludze po innych zakątkach świata Kolumb, któremu w końcu udaje się opłynąć Ziemię dookoła, nieznanym dotąd sposobem. W Ameryce Południowej już kiedyś byłem, lecz tym razem docieram na ten znany mi ląd mało przetartym, nowym dla mnie szlakiem.

Po dotarciu do Santiago tą okrężną drogą mam wrażenie, że to koniec świata. A przecież stąd do Europy czy na Bliski Wschód to już rzut beretem!

Żeby nie było za łatwo, wracam do Doha przez Buenos Aires, Frankfurt, Zurich, Hong Kong, Chiang Mai i Bangkok. Dopiero po powrocie z tak intensywnej podróży, czyli po dziewięciu dniach niemal ciągłego latania, dopada mnie z opóźnieniem jetlag. Zmiany czasu w podróży z Doha do Santiago przez Sydnej obrazuje stworzony na tę okazję wykres, którego dumnie tutaj prezentuję.



| < Styczeń 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        


Doha by day

Doha by night