Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
środa, 13 września 2017

Od dawna planowałem zorganizować wyjazd, którego celem było lądowanie na miejskim lotnisku Songshan w Tajpej. O jego wyjątkowości świadczy fakt, że jest położone bardzo blisko centrum miasta. Przy poprzedniej wizycie w Tajpej miałem okazję udać się na spotting, czyli podglądanie lądujących i startujących samolotów, o czym wspomniałem na blogu pewien czas temu. Zafascynował mnie wtedy spektakl, w którym na wąskim pasku między autostradą a szeregiem wieżowców w ścisłym centrum miasta lądowały samoloty, od małych (o regionalnym zasięgu) po szerokokadłubowe.

Zamiast jak wtedy oglądać ten spektakl stojąc przy płocie lotniska, na widowni z ziemi, tym razem mogę uczestniczyć na scenie w jednym z jego ulotnych (lub raczej "przelotnych") aktów, jako pasażer lądującego odrzutowca.

By spełnić to marzenie stawiam się z samego rana na rejs linią ANA z lotniska Haneda w Tokio. Już od samego startu na pokładzie Boeinga 787 Dreamliner wyczekuję lądowania. Przecież to jedyny cel mojej wycieczki!

W końcu się doczekuję. Wchodzimy na ostatnią prostą. Przez okno obserwuję jak w szybkim tempie zniżamy się wzdłuż wielkomiejskiej zabudowy. Co chwilę zerkam na ekranik wyświetlający mapę, która potwierdza, że to nie złudzenie – będziemy lądować w samym mieście!

Coraz bardziej przyspiesza mi puls – właśnie spełnia się wieloletnie marzenie. Samo przyziemienie zapiera mi dech w piersiach. Lądowanie na Songshan okazuje się dla mnie najbardziej intensywnym doświadczeniem lotniczym od wielu lat.

Po zaparkowaniu mapa na pokładowym ekraniku wskazuje, że samolot stoi ... na ulicy w środku miasta! Fenomenalne! I jakże inspirujące?! Nie byłbym sobą gdybym nie poszedł za ciosem... Nie oznacza to bynajmniej, że po tak intensywnym lądowaniu spontanicznie postanawiam zaliczyć też i start. Wcale nie przesiadam się do innego samolotu bez wychodzenia z lotniska. Wręcz przeciwnie…

Będąc wciąż w oszołomieniu po lądowaniu wychodzę z budynku terminala i 100 m dalej widzę już ulicę, która wygląda prawie jak Manhattan. Naprawdę wylądowaliśmy w środku miasta!

- Jakim autobusem dojadę do hotelu? - prawie zadaję to pytanie, gdy do głowy wpada pomysł nie do odrzucenia:

- Pójdę do hotelu z lotniska, na piechotę! – odzywa się mój fetysz (po prostu lubię na lotniska chodzić - lub z nich wychodzić – spacerkiem; robiłem to już w kilku miejscach na świecie, włączając Warszawę, Dohę, Miami). Grzechem byłoby z takiej okazji nie skorzystać, skoro lotnisko jest w centrum. Tym samym upiekam dwie pieczenie na jednym ogniu, choć zupełnie tej pieszej wycieczki do hotelu nie planowałem – wystarczyło spojrzeć na mapę i zorientować się jak niewielka to odległość. Jestem z siebie dumny!

Dziś, mimo że lądowanie było bardzo szybkim, ulotnym doświadczeniem, wspominam je klatka po klatce ... Z przyjemnością potwierdzam, że lądowanie na Songshan ma swój ciężar gatunkowy. Rzeczywiście warto było je mieć na bucket list.



piątek, 25 sierpnia 2017

Półwysep Musandam oraz leżące na nim miasteczko Khasab to miejsce z legendy. Choć to prawdziwa perełka na turystycznej oraz geopolitycznej mapie świata niewiele osób o nich słyszało. Trudny, górzysty teren, pełen przepaści i wąwozów, sprawia, że okolica ta jest trudno dostępna, zwłaszcza dla przybyszów z oddali.

Skaliste brzegi półwyspu oblewane są wodą z Zatoki Perskiej po jednej stronie i Zatoki Omańskiej - po drugiej. Pomiędzy nimi znajduje się strategiczna dla całego świata Cieśnina Hormuz. Tą drogą, de facto dookoła płw. Musandam, każdego tygodnia przepływają setki tankowców zaopatrujących niemalże cały świat w ropę naftową i gaz z Bliskiego Wschodu. Wszystko to dodaje mu niezwykłej magii, nie powinno zatem dziwić, że przy moim logistyczno-transportowym „zboczeniu” doświadczenie tego miejsca na własne oczy znalazło się na mojej liście podróżniczych wyzwań.



Już od tysiącleci ten wąski przesmyk oraz okalający go ląd odgrywały ważną rolę w światowej żegludze i handlu. Niezwykłe góry, które się nad nim wznoszą, były świadkiem historii - to tu krzyżują się handlowe szlaki morskie pomiędzy Bliskim i Dalekim Wschodem oraz Afryką. Tędy właśnie przepływała flota Aleksandra Wielkiego w drodze na podbój Arabii. Zdając sobie sprawę ze strategicznej roli tego miejsca Portugalczycy postawili na pocz. XVII w. fortecę. Dziś półwysep Musandam jest w rękach Omanu i jest tak naprawdę jego enklawą, otoczoną całkowicie przez ZEA (granice lądowe) i wodę (cieśnina Hormuz).

Tę niezapomnianą wycieczkę zaczęliśmy od wylądowania w Szardży, emiracie graniczącym z Dubajem. Z lotniska wynajętym samochodem udaliśmy się na wschód, w stronę granicy z Omanem. Nie sposób było się zgubić, bo nawet znaki, zupełnie bez ogródek, wskazywały kierunek: "Oman - prosto".

Już przekraczanie granicy lądowej było ekscytujące - towarzyszący mi globtroterzy ledwo byli sobie w stanie przypomnieć, kiedy ostatnio to robili (niech żyje Schengen!). Sam proces przekraczania granicy w takim miejscu zasługuje na oddzielny wpis, wspomnę więc tylko, że była to fantastyczna okazja na zdobycie punktów (dodatnich lub ujemnych) w naszej grze na ... wyprzedzenie lokalnej logiki.



Z ZEA do miasteczka Khasab prowadzi malownicza droga wybudowana wzdłuż linii brzegowej na półce skalnej – pod wysokimi klifami. Jadąc takim bulwarem, zakręt za zakrętem, odkrywa się piękno tej mało znanej części Półwyspu Arabskiego.

Gdy w końcu dojechaliśmy do portu w Khasab zrozumieliśmy, dlaczego został on wybrany jako jeden z 7 najpiękniejszych na świecie (wg The Telegraph). Zbudowany jest wewnątrz fiordów, których są w okolicy dziesiątki. Wszystkie są przepiękne, choć wydają się mało gościnne, głównie zamieszkane jedynie przez rybaków oraz pasterzy.

Podobnie jak w całym Omanie, życie w Khasabie jest proste, co częściowo wynika z uwarunkowań geograficznych. Nie umniejsza to jednak jego roli, współcześnie i w przeszłości. Gdy na pokładzie tradycyjnej, drewnianej łódki opływaliśmy fiord za fiordem, z każdej strony odczuwałem powiew historii. Tu – portugalska forteca. Tam - wyspa ze stacją telegraficzną (założoną przez Brytyjczyków). Gdy ze szczytu klifu obserwowałem malowniczą zatoczkę ukrytą pośród wysokich skał, wyobrażałem sobie jak idealnym schronieniem okazywała się dla żeglarzy przy niesprzyjającej pogodzie.

A dziś? Mimo naturalnego piękna Musandam pozostaje skarbem, o którym wiedzą tylko nieliczni. To prawdziwa idylla dla turystów oraz dla … irańskich przemytników, o których bez kozery wspomina wikitravel (jest więc i powiew nowoczesności). Niech tak pozostanie.

Więcej zdjęć pod tym linkiem.

środa, 09 sierpnia 2017

Ostatnio podróżuję bardzo intensywnie. Od kilku miesięcy (od wiosny? już nawet przestałem dokładnie liczyć) nie spędziłem ani jednego weekendu w Doha. Ma to znaczący wpływ na sposób zarządzania czasem. Doskwiera brak regularnego snu w dni wolne, na co znalazłem ostatnio sposób (przede wszystkim regularny sen w dni pracujące).

Podróżując traci się czas nie tylko będąc w ruchu, w biegu, w powietrzu czy w autobusach z/na lotnisko. Stratą może być także czas spędzany na wszelkie oczekiwanie - na autobus/taxi/Uber, na kartę pokładową (ach, ten standby...), czy na kolejny rejs w tranzycie. Summa summarum, przy okazji każdej, cotygodniowej wycieczki można tracić olbrzymią ilość czasu, którego i tak zwykle w życiu brakuje. Jak mimo wszystko te straty zminimalizować? Czytanie książek, magazynów, nadrabianie zaległości poczty elektronicznej to moje wypróbowane sposoby (współczesne gadżety i powszechny dostęp do internetu bardzo to ostatnio ułatwiają). Przymierzam się do zakupu Kindle'a ...



Charakterystyczny miś na lotnisku HIA w Doha

O regularnym uprawianiu sportu też można zapomnieć. Ale niezupełnie - tu pomaga kreatywność. Ostatnio ze znajomymi zaczęliśmy praktykować spacery po lotniczych terminalach. Lotnisko w Doha nadaje się do tego celu idealnie.

Zwykle zjawiam się na lotnisku na nieco ponad godzinę przed odlotem, co po odjęciu formalności, które zajmują kilka minut, daje około pół godz. na solidny spacerek przed zajęciem miejsca w szklanej puszce. Można przejść w tym czasie cały terminal C, D i E w Doha. Są to w sumie tysiące kroków, które skrupulatnie zlicza i dokumentuje mój telefon. W sam raz na odprężenie na koniec pracowitego tygodnia i przejście w tryb weekendowy. Co z tego, że odbywa się to na lotnisku? Ważne, że jest klimatyzacja, duża przestrzeń i względna cisza (nowe lotnisko „HIA” w Doha z ciszy właśnie słynie).

Ostatnio, tuż przed wylotem z Singapuru, również pokusiłem się o spacer - wzdłuż i wszerz Terminalu 3. Udało się złapać sygnał z satelity, dzięki czemu spacer został nagrany przez aplikację Endomondo. Wyszło tego prawie 5 km!

Okazuje się, że lotniska, zwłaszcza te duże, to idealne miejsce na polepszenie statystyki kroków. Przewrotnie, to dzięki częstym podróżom lotniczym spacery w tym gorącym klimacie są w ogóle możliwe.



 Spacer po Terminalu 3 - lotnisku Changi w Singapurze nagrany przez Endomondo

niedziela, 30 lipca 2017

W jednej z dzielnic Maskatu (Oman) jest knajpa, w której gościłem przy okazji każdej wizyty w tym mieście. W ciągu ostatnich dziesięciu lat doliczyłem się ich aż siedemnaście dziewiętnaście, choć odbywały się z różną częstotliwością. Mam na myśli legendarną dla wielu Kargeen Cafe - restauracjo-kawiarnię, a w zasadzie cały kompleks knajpiany. Idealne miejsce na kolację i relaks przy sziszy, sprawdzało się dla mnie zwłaszcza w drodze na lotnisko. Miejsce to polecam niezmiennie od lat wszystkim wybierającym się do Maskatu. Ci, którzy z mojej rekomendacji skorzystali, po powrocie są mi za nią nadwyraz wdzięczni.

W Kargeen Cafe pracuje co najmniej dwóch kelnerów, których kojarzę już od wielu lat. Przy ostatniej wizycie jeden z nich, przechodząc koło stolika, rozpoznał moją twarz, co potwierdził sympatycznym skinięciem głowy. Poruszyło mnie to. Jeśli kelner rozpoznaje mnie w restauracji w kraju, w którym nigdy nie mieszkałem, to jest to co najmniej symboliczne.



Fot. Jaem Prueangwet

Uświadomiłem sobie, że podobnych punktów mam na świecie kilka. Ulubiony optyk w Kuala Lumpur (nie ma sobie równych) plus restauracja Tg’s Nasi Kandar (tamże). Jeden z barów w dzielnicy Itaewon w Seulu. Albo wypożyczalnia rowerów w Melbourne. We wszystkich tych miejscach jestem rozpoznawany przez pracowników z daleka. Należy tu również wspomnieć o niezwykle pomocnych i serdecznych pracownikach naziemnych Qatar Airways w Warszawie.

Częste podróże nauczyły mnie czuć się dobrze w każdym miejscu na świecie. Mimo „kosmopolitycznego” życia miło jest mieć takie miejsca, które można nazwać swoimi, do których z przyjemnością się wraca. Daje to poczucie przynależności, czyli jedną z podstawowych potrzeb człowieka.

Aż miło się robi na duszy. Bardzo miło ...

Fot. Jaem Prueangwet

niedziela, 16 lipca 2017

Doha rozpieszcza ludzi, nawet w czasie kryzysu.

- Nie zdążę do fryzjera! – skomentowała przedstawicielka Polonii na wieść o tym, że jej rejs z Doha do Warszawy może lądować z kilkugodzinnym opóźnieniem z powodu blokady przestrzeni powietrznej.

W tym kontekście czuję się upoważniony, by powrócić do tematu rozpieszczania, mimo trwającego od ponad miesiąca „kryzysu”. Temat pojawił się w mojej głowie już przy okazji opisu przygody z lotniskowymi autobusami w Doha. Od dłuższego czasu bowiem obserwuję siebie i innych w Katarze i stwierdzam, że życie nas tutaj rozpieszcza, aż do nieprzyzwoitości.

Myślę, że wiele z tych obserwacji dotyczy również innych krajów nad Zatoką Perską. Wygoda, a czasem nawet i wygodnictwo są tu powszechne. Od wielu lat wszędzie poruszamy się własnymi samochodami, ewentualnie taksówkami. O przemieszczaniu się piechotą, nawet na mniejsze odległości, prawie się nie słyszy, a sugerowanie tego może się skończyć uznaniem za wariata. Taka postawa jest tu tak oczywista i powszechnie akceptowana, że prawie nikt nie kwapi się, by choć poszukać jakiejś wymówki.

Mój przyjaciel od ponad roku jeździ do pracy rowerem lub autobusem - pogoda lub warunki na drodze go nie zniechęcają. Nierzadko ma na sobie elegancką marynarkę ... W Kopenhadze, a może nawet i ostatnio w Warszawie, byłoby to zupełnie normalne. Ale nie tutaj. Na jego widok ludzie do dziś otwierają oczy ze zdziwienia, nawet mi się zdarza wpadać w te pułapkę.

- Ten znowu na rowerze. Jeszcze mu się nie znudziło?!

Wśród krytykujących są nie tylko "wygodnisie", lecz również osoby, które na wakacjach gonią przygodę za przygodą (w tym ja...) i wszelkie niewygody im niestraszne. Tyle, że poza Doha...

Jak to jest, że dopiero w trakcie podróży jesteśmy bardziej skłonni do wychodzenia poza strefę osobistego komfortu i stawiania czoła trudnym sytuacjom i potencjalnym niewygodom? Podróżowanie w nieznane i egzotyczne miejsca to przecież dla ekspatów w Katarze chleb powszedni.

Zwiedzamy obce miasta na piechotę, ewentualnie z pomocą autobusu lub metra (nie znam nikogo, kto by korzystał z taksówek w Paryżu, Londynie czy Tokio). Smażymy się na plaży tu i tam i wcale nie narzekamy, że jest za gorąco … W obliczu trudnych sytuacji podciągamy rękawy i szukamy rozwiązania. Wyszukujemy informacje w Internecie, podpytujemy znajomych lub po prostu prosimy obcych ludzi na ulicy o wskazówki. Większość z nas ma taką umiejętność we krwi.

Jednak gdy przychodzi do rozwiązywania podobnych sytuacji w Katarze nasz repertuar rozwiązań gwałtownie się kurczy. Do dziś nie mogę uwierzyć w to, jak męczyłem się próbując znaleźć informacje o autobusach lotniskowych w Doha (pisałem o tym niedawno). Choć z ostatecznego rozwiązania jestem dumny to nie mogę się nadziwić, że dotarcie do niego zajęło mi kilka tygodni. Ileż to razy w międzyczasie byłem gotowy się poddać?! Ten sam ja, który za granicą szuka każdej sposobności by przejechać się komunikacją miejską i poczuć się jak „lokals”!

Kto by sobie zawracał głowę autobusami w Doha, skoro są taksówki, które są tylko 10-20 razy droższe?! A wystarczyło sięgnąć po telefon i zadzwonić na informację…

Reakcja na moje poprzednie autobusowe wpisy sugeruje, że takich jak ja traktuje się tutaj jak ewenement, trochę jak małpę w zoo (nie twierdzę skądinąd, że tak to nie wygląda). Niektórzy potwierdzają, że słyszeli o innych entuzjastach autobusów podobnych do mnie, lecz na tym zwykle się kończy. Zdaje się to tylko potwierdzać moją tezę o rozpieszczeniu.

Natknąłem się ostatnio na takie stwierdzenie: bogaty kraj to nie taki, w którym biedota porusza się limuzynami, lecz taki, w którym najbogatsi korzystają z komunikacji publicznej. Można nie widzieć w naszym „rozpieszczeniu” niczego złego, ale w tym kontekście jest to co najmniej nurtujące …



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 95
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      


Doha by day

Doha by night