Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
poniedziałek, 12 grudnia 2016

Poruszanie się po Japonii od zawsze traktuję jako wyzwanie, które bywa dodatkową motywacją, przyciągającą mnie do tego kraju raz po raz. Dojazd z lotniska do centrum Osaki, opisany wcześniej, był jedynie prologiem do tej fascynującej miejskiej przygody, którą sprawiłem sobie w jeden z weekendów. Jak wyglądały kolejne etapy w tej grze?

Odnalezienie drogi do hotelu okazało się kolejnym wyzwaniem. Jest piątek wieczór, wszyscy dokądś biegną. W Japonii wszyscy wciąż dokądś biegną! Próbuję skorzystać z map dostępnych na stacji, ale nie pomagają w dotarciu do celu, który najwyraźniej gdzieś się przede mną ukrył. Adres hotelu? Oczywiście, że mam, nawet wydrukowany, ale nie wystarcza. Krążę. Wychodzę z założenia, że gubienie się jest czasami nieuniknione i prędzej czy później doprowadzi do celu.

Dlaczego nie użyć map google i satelity? - zapyta niejeden cwaniak. Oczywiście, że tego próbuję, ale w gęsto zabudowanym centrum Osaki oznaczenie aktualnego położenia zajmuje mojemu telefonowi pół wieczora!

W takich momentach przydają się międzykulturowe zdolności komunikacyjne, uśmiech i zaufanie do tubylców. Plus cierpliwość ... Wielu Japończyków ucieka gdy tylko próbuję ich zaczepić. Nic nowego - nie każdy po całym tygodniu pracy zechce prowadzić konwersację w obcym języku z jakimś zagubionym turystą. W końcu trafiam na grupę pomocnych nastolatków i dzięki nim dowiaduję się, z której strony … patrzeć na mapę, a potem już samodzielnie odnajduję drogę. Wkrótce okazuje się, że do hotelu można się było dostać w kilka minut bezpośrednio windą (!) z jednego z korytarzy w metrze. Ta podpowiedź jakoś umknęła mojej uwadze, lecz wcale tego nie żałuję! Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!

Czas wyjść na miasto. Wybieram konkretny cel, do którego mam dokładnie opracowaną trasę, dzięki … mapie google. Wyjście z metra oznaczone numerem, potem w prawo i w lewo, itd. Banał … Nie od dziś wiadomo, że korzystanie z takich wynalazków wyłącza umysł, przypominam to sobie po kwadransie błądzenia, gdy się okazuje, że rzeczywistość jest inna od założeń, a w zasadzie odwrotna. Po wyjściu z metra trzeba było iść w lewo! Skąd ja to miałem wiedzieć?

Uwaga podróżnicy! Ufajcie własnym zmysłom co najmniej tak bardzo jak technologii, która również bywa omylna - mapa google niedokładnie pokazuje wyjścia z metra w Osace!

Po kolacji, w ktorej zasmakowuję się w japońskich pierożkach gyoza, postanawiam wrócić do hotelu na piechotę. Z Umeda do Nambu to ledwie cztery stacje metra. Solidny spacer, który zapada w pamięć. Ulice Osaki są pięknie oświetlone na święta, a zewsząd słychać świąteczne piosenki. Wystrojone choinki na prawie każdej wystawie sklepowej... Nawet późnym wieczorem na ulicach wciąż widać tłumy ludzi, niektórzy ewidentnie są w trakcie imprezy (lub już po). Ci mniej wstawieni śmigają rowerami po chodnikach, między przechodniami. W jeden wieczór jestem o krok od potrącenia przez rowerzystę kilkanaście razy! Powszechność rowerów w centrum Osaki to bodaj największe zaskoczenie tego wyjazdu.

Po nocy w hotelu kabinowym First Cabin Hotel, którego koncepcja podobna jest do uwielbianych przeze mnie hoteli kapsułowych, stawiam sobie kolejne wyzwanie. Wycieczka „na ślepo” do Kobe – miasta, o którym słyszałem już jako dziecko od Taty - jest tam wszakże ważny dla Japonii port!

Już sama podróż z Osaki do Kobe zapowiada się interesująco. Upolowuję najlepsze siedzenie, jakie można sobie wyobrazić, czyli tuż za maszynistą, od którego dzieli mnie tylko przezroczysta szyba (powiedzmy, że to odpowiednik 1A w samolotach). Przez ponad godzinę drogi (pociąg kategorii „express”) siedzę z twarzą przyklejoną do szyby i przy okazji nabawiam się „szyjoskrętu” (kto by się przejmował!?). Obserwuję tory oraz znaki, a także mijane ze sporą prędkością w bliskiej odległości domy i osiedla. Ponad wszystko jednak obserwuję maszynistę, każdy jego ruch zgodny ze ściśle wyznaczoną procedurą oraz komendy, które wypowiada sam do siebie. Fascynujący spektakl! Nie od dziś wiadomo, że kolejarze w Japoni opanowali procedury gwarantujące bezpieczeństwo i punktualność do perfekcji! Polecam próbkę tego doświadczenia na youtube.

Kobe to malowniczo położone miasto po drugiej stronie zatoki, przy której jest Osaka. Najczęściej kojarzone jest z tragicznym trzęsieniem ziemi, które nawiedziło je w 1995 roku. Patrząc na Kobe dziś trudno uwierzyć, że jedynie 20 lat temu było olbrzymim gruzowiskiem. O skali zniszczeń przypomina niezwykła wystawa zdjęć przy nabrzeżu portowym w centrum.

Kobe słynie również z wołowiny, po którą przyjezdni i lokalni ustawiają się w długich kolejkach. Ustawiam się i ja… Zaliczam też Muzeum Sake – jest to interesująca wystawa o historii tego trunku, zwiedzanie której kończy się darmową degustacją. Polecam!

Mój weekendowy wypad do Japonii powoli dobiega końca, ale przede mną jeszcze punkt kulminacyjny, czyli powrót pociągiem z Kobe do Osaki (znowu tuż za kokpitem!). Z całej wycieczki właśnie to doświadczenie najbardziej zapada mi w pamięć. Po powrocie do Doha koledzy w pracy pytają jak spędziłem ostatni weekend. W towarzystwie, w którym każdy co chwilę wybywa gdzieś w świat, trudno jest zaimponować. Tym razem mam jednak bezcenną opowieść, którą mogę się pochwalić przed jednym z dyrektorów, nie ryzykując braku zrozumienia:

- Ostatni weekend spędziłem obserwując fascynującą pracę maszynisty w pociągu z Osaki do Kobe – wypaliłem z dumą. Jako pasjonat kolei nie tylko mnie zrozumiał, ale też takich weekendowych doświadczeń serdecznie mi pozazdrościł. I tak oto moja kolekcja „priceless’ów” powiększyła się o kolejną historię, którą z dumą tu Państwu prezentuję.



poniedziałek, 05 grudnia 2016

Od mojej pierwszej wizyty w Japonii, jeszcze w czasie studiów, minęło wiele lat. Była to dla mnie pierwsza podróż poza Europę, którą porównywałem do wygranej na loterii. Wyjeżdżając po ponad dwóch tygodniach pobytu nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę miał okazję tam powrócić. Tymczasem dziś nie potrafię się doliczyć moich wypadów do tego kraju. Jeździło się na sushi i z powrotem; był wyjazd na urodziny z tak mocną ekipą, że przy wielu okazjach wspominany jest do dziś; nie mówiąc już o licznych przesiadkach na lotniskach japońskich…

Ostatnią wizytę w Japonii potraktowałem jako okazję do zabawy w miejską orientację. W poruszaniu się po Tokio już się w miarę oswoiłem, więc teraz wybór padł na Osakę, której przy poprzedniej wizycie nie miałem okazji odkryć samodzielnie, będąc sam sobie przewodnikiem.

I niech o takim samodzielnym odkrywaniu obcego świata, krok po kroku, przecznica za przecznicą, będzie ten wpis - zwiedzanie najpopularniejszych turystycznych atrakcji w Kyoto i Narze mam już przecież dawno zaliczone.

Wyzwanie zaczyna się już na lotnisku Kansai - jak dojechać do centrum miasta? Do wyboru szybszy pociąg ekspresowy, na który trzeba długo czekać, lub 'local' - odjeżdżający za moment, ale zatrzymujący się na wszystkich (bardzo wielu) stacjach.

Intuicja mi podpowiada by nie czekać na ekspres, lecz wybrać pociąg lokalny. Po kilku przystankach zauważam, że linia kolejowa z lotniska łączy się z inną, więc od tego momentu powinien być większy wybór pociągów. I tu udowadniam sobie, że w tej grze już dawno przeskoczyłem z amatora na wyższy poziom - przydaje się moje doświadczenie, np. z systemu tokijskiego.

Przesiadam się na pociąg ekspresowy jadący z innego miasta, który podjeżdża po minucie na tor równoległy przy tym samym peronie. Ekspres ma w tej filozofii pierwszeństwo, więc 'Local' odjedzie po nim. Już wiem, że wygrałem - zanim wysiądę w centrum Osaki wyprzedzimy co najmniej dwa inne lokalne pociągi. Trochę sprytu i kombinacji pomaga mi zaoszczędzić prawie pół godziny! Jaki jestem z siebie dumny?!

Nie muszę ukrywać, że ta kategoryzacja pociągów, powszechna w Japonii właśnie, bardzo mi się podoba. Przy dłuższych odległościach po prostu zawsze warto się przesiąść z pociągu lokalnego na ekspres lub odwrotnie, zwłaszcza że cena jest ta sama. Uwielbiam takie zagadki - ich rozwiązywanie przynosi mi obrzymią satysfakcję!

P.S. Kategorii pociągów na jednej linii może być wiele, nawet pięć w ramach tej samej taryfy, plus szósta droższa, z miejscami rezerwowanymi. Local, Semi-local, semi express, limited express, express, rapid express... Zauważyłem że w Osace ‘limited express’ ma kategorię szybszą od ‘expressu’, odwrotnie niż np. moja ulubiona Odakyu Line w Tokio. Fascynujące!

Już wkrótce wpis o kolejnym poziomie miejskiej gry na orientację w Osace. 

środa, 09 listopada 2016

Zainspirowany ostatnim wpisem o zaległościach z zapisywaniem szczegółów lotów do mojego pamiętnika w excelu stwierdzam, że od kilku lat latam jak bumerang. W tę i we wtę. A czasem tylko w tę i w tę, czyli dookoła (dookoła świata, dookoła oceanów, a ostatnio - dookoła kontynentów).

Powróciłem ostatnio do wpisu z początku 2009 r. o tym samym tytule.

- Rozlatałem się ostatnio – stwierdzałem na początku tamtego wpisu.

Obliczyłem wtedy, że wylot z bazy w Doha wypadał średniorocznie co 18 dni (ostatnio 10!). Licznik lotów powoli dobijał wtedy do pierwszej setki. Co miałbym stwierdzić dziś, gdy licznik przekroczył 500 700 i końca nie widać? (pierwsza wersja tego wpisu była gotowa prawie 200 rejsów temu, stąd konieczne poprawki; kiedy to zleciało?!)

Marzyłem wtedy, tj. na początku 2009 r., by przelecieć się „nowiutkim 777”. Dziś już nawet nie pamiętam jak do tego doszło... Statystyka jednak podpowiada, że do tej pory miałem przyjemność gościć na pokładzie Boeinga 777 84 razy 130 razy 149 razy. Warto odnotować, że latem 2015 r. B777 wyprzedził w moich statystykach Airbusa A320. Niemożliwe? Tymczasem B777 wciąż pnie się szybko w górę, by wkrótce wyprzedzić Airbusa A330, czyli numer 1 obecnych statystyk (naukowiec by wyjaśnił, że pozycja rankingowa A330 wynika z uwarunkowań historycznych i obecne tempo przyrostu tego licznika maleje na korzyść innych modeli :)

Kilka lat temu marzyłem o pierwszej podróży boeingiem 777, dziś o spełnieniu tego marzenia przypomina statystyka. Ale nie tylko – wciąż cieszę się jak dziecko, gdy dostaję kartę pokładową na rejs wykonywany przez B777.

Mimo, że do siatki QR dołączyły ostatnio nowsze modele z bardziej nowoczesną kabiną i fotelami (787, 380, 350), na najdalsze podróże wciąż preferuję „trzy siekierki”. To jest samolot, z którego nie ma się ochoty wysiadać, zupełnie jak w reklamach airbusów sprzed kilkunastu lat.

P.S. Ostatnio w środku nocnego lotu udałem się do toalety. Mocno zaspany wszedłem z kabiny do kuchni i skierowałem się do korytarza przy kokpicie – właśnie tam znajdują się toalety w przedniej części „trzech siódemek”.

- Co jest!? Kurna chata, czym ja lecę?! – pomyślałem zdziwiony, gdy toalety tam nie znalazłem.

Dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się o co chodzi – w końcu byłem na pokładzie A330, a nie B777! Przemiła załoga (Pani Magda) skierowała mnie do toalety, którą chwilę wcześniej bezwiednie minąłem, a widząc moją bezradność, pełna zrozumienia, pomogła nawet otworzyć drzwi. Było mi niezmiernie głupio, ale wnet pomyślałem, że przynajmniej będzie o czym wspomnieć na blogu; ot, kolejny dowód na to, jak bardzo jestem ostatnio przyzwyczajony do podróżowania na pokładzie B777.

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  


Doha by day

Doha by night