Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.
wtorek, 24 stycznia 2017

Ile razy w życiu ma się okazję zaprzyjaźnić z gwiazdą Bollywood?

Moja odpowiedź: co najmniej raz!

Sobotni poranek w Bombaju. Siedzę w mobilnej garderobie. Obok mnie na skórzanej sofie relaksuje się Ssumier Pasricha - aktor, którego wieloletnia kariera w showbiznesie wchodzi właśnie na nowe tory za sprawą wykreowanej niedawno postaci Pammi Aunty. Przezabawna ciotka plotkująca o bieżących wydarzeniach dzień po dniu zdobywa tysiące fanów wśród społeczności Punjabi na całym świecie poprzez media ... społecznościowe. Próbka do obejrzenia tutaj. Za jej popularnością stoi fakt, że łatwo każdemu się z jej postacią i przeżywanymi problemami identyfikować. Dziś będzie nagranie popularnego programu komediowego (Comedy Nights Bachao na kanale Colours), do udziału w którym przez najbliższy sezon Pammi Aunty została zaproszona. Dzisiejszy odcinek to jej pierwsze wystąpienie w całej serii. Ważny moment!

W garderobie na wygodnej kanapie siedzą też agent i stylistka. Czekamy na zespół scenarzystów programu. Trzech poważnie wyglądających młodzieniaszków w końcu przychodzi, przedstawiają się gwieździe i zaczynają ustalenia dotyczące przebiegu programu rozrywkowego, którego nagranie zaplanowane jest na popołudnie.

Scenarzyści prezentują sytuację sceniczną, od ktorej rola Pammi Aunty się zaczyna. Aktor momentalnie zaczyna improwizować. Zamyka oczy i w ułamku sekundy wchodzi w rolę dwadzieścia lat starszej kobiety-plotkarki. Scenarzyści zachowują śmiertelną powagę i robią tylko drobne notatki.

Wkrótce wprowadzają kolejną sytuację i wszyscy mamy okazję obserwować tej niezwykłej improwizacji ciąg dalszy. Tym razem na twarzach scenarzystów pojawia się nieśmiały uśmiech, a w pewnym momencie wybuchają nawet śmiechem. Improwizacja jest tak dobra, że nawet profesjonaliści nie mogą powstrzymać swojej reakcji!

Ustalenia odbywają się w języku punjabi przeplatanym hindi i angielskim. Mimo, że większości nie rozumiem (pojawiają się tylko pojedyncze wyrażenia po angielsku), to scenka wydaje mi się zabawna - humor prezentowany przez Pammi Aunty jest uniwersalny. Tak naprawdę już sam podekscytowany i niezwykle dramatyczny głos ciotki-plotkarki może śmieszyć.

Następnym krokiem będzie dla scenarzystów przedstawienie nagranej na telefon improwizacji Pammi Aunty pozostałym aktorom, aby mogli odpowiednio przygotować własne kwestie. Wśród nich jest największa gwiazda programu - Siddhart, ponoć prawdziwe bożyszcze w miastach i wioskach, w kraju i za granicą.

Skoro scenariusz jest omówiony, to pozostaje nam czekać na nagranie. W ciężarówce-garderobie jest wygodnie, można się tu nawet przespać. Co jakiś czas przychodzą panowie koordynujący z krótkofalówkami informując o postępie przeciągających się przygotowań. W międzyczasie zbierają też zamówienia na lunch zapewniony przez producenta programu. Wydaje się, że oczekiwaniu na samo nagranie nie ma końca.

W międzyczasie wschodząca gwiazda odbiera telefony od obcych ludzi oferujących wywiady i inne propozycje. Dzwoniący najczęściej zaczynają od przedstawienia się oraz pytania:

- How are you?

- Perfectly fine. Please tell me - Ssumier ponagla, by przejść do sedna sprawy i wywija oczami w moim kierunku. O pytaniu zwrotnym o zdrowie dzwoniącego nie ma mowy...

Tymczasem opóźnienie urasta już do kilku godzin. Oliwy do ognia dodaje fakt, że podobno zmieniono scenariusz, w tym jej autorskie kwestie, bez konsultacji. Pammi Aunty w końcu się wścieka i strzela focha opuszczając studio bez nagrania.

- Trzeba się szanować, zwłaszcza w takim momencie, gdy kariera wkracza na nowe tory!

Tak właśnie, w dużym skrócie, upłynął mi weekend w Bombaju. Wystarczyło poświęcić kilka chwil na znalezienie osoby o ciekawym profilu, obiecującym na dobre porozumienie między nami i wysłać zapytanie (o tym, że Ssumier jest aktorem w Bollywood dowiedziałem się po przyjeździe).

Ważne też, aby otworzyć się na możliwość takiego alternatywnego sposobu spędzenia czasu, zamiast na przykład zaliczania kolejno wszystkich atrakcji turystycznych w okolicy. A wszystko to za sprawą couchsurfingu. Serdecznie polecam wszystkim, którzy są na takie doświadczenie gotowi.



niedziela, 08 stycznia 2017

Czy można zamanifestować przeciw wszechobecnej komercjalizacji doświadczeń, rosnącemu wygodnictwu oraz sztampowym sposobom spędzania czasu, wyjeżdżając na sylwestra na rajską wyspę na środku oceanu?

Nie można? Przecież o to chodzi! Niech żyje rewolucja!

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem okazję rozmawiać z agentem podróży sprzedającym pakiety wakacyjne, ale łatwo mi sobie wyobrazić jak zareagowałby na nasz pomysł:

- Po Seszelach? Autostopem??

- Właśnie tak, albo autobusem miejskim!

- !?!?!!??!!!???!!!

To właśnie broszury w biurach podróży sprzedają gotowy, eksluzywny produkt po cenach, które powodują, że jest jeszcze bardziej eksluzywny, czyli niedostępny dla większości.

Przeciw takiemu ograniczającemu podejściu też chcielibyśmy zaprostestować.

Po kilku godz. w samolocie lądujemy w raju na środku oceanu. Jesteśmy jedyną grupą, której po wyjściu z terminala nikt nie wita. Zamiast, jak reszta pasażerów naszego rejsu, wsiąść do klimatyzowanego samochodu z oczekującym na nich szoferem, wybieramy transport publiczny. Rozklekotany autobus miejski (zgodnie z oczekiwaniami wcale nie przypomina autobusu z wyobrażeń o raju) za niecałe pół dolara dowozi nas w okolicę, gdzie wynajęliśmy kwaterę. Dalej siłujemy się ze spiekotą i na piechotę, pod górkę, niemal bez tchu, osiągamy cel. Właśnie na samej taksówce z lotniska zaoszczędziliśmy 50 dol. Ale frajda!

Potem jest tylko ciekawiej. Zainspirowani świeżymi produktami na lokalnym bazarze tymczasowo wprowadzamy dietę frutariańską (włącznie z sokiem z winogron). Spacerujemy przez przełęcz na drugą stronę wyspy na polecaną przez wszystkich plażę Beau Vallon, by podziwiać zachód słońca. Po zmroku kąpiel w oceanie (jeden tak manifestował, że kąpał się nago). W drodze powrotnej przyszło nam przetestować pomysł z autostopem po Seszelach.

Jacy ludzie, taki bunt. Jaki bunt, taki autostop. Sympatyczny i skuteczny, a jakże!

Na ostatni wieczór 2016 r. też postanawiamy pójść na przekór konwenansom i spędzić go bez balowych strojów, ani uroczystej kolacji, nawet bez fajerwerków. Esencją wieczoru ma być bose, acz wyborowe, towarzystwo oraz butelka wina musującego.

Pomysł na wyjście do lokalnej knajpy na kolację spala na panewce. Spacerujemy po okolicy i szukamy choćby jednej restauracji, lecz coraz bliższa staje się perspektywa, że naszym głównym daniem sylwestrowym będą chipsy lub niesmaczne i nudne jedzenie z hotelowej kuchni.

Z zazdrością mijamy domy, w ogródkach których tubylcy świętują nadchodzący nowy rok. Każdy dom jest pięknie oświetlony, jest muzyka (z basami!) i grill, który przy tej corocznej okazji łączy wielopokoleniowe rodziny. Pełni determinacji wpadamy na niekonwencjonalny pomysł, na który bez wahania godzimy się.

Tłumacząc się naszą trudną sytuacją kulinarną wpraszamy się na rodzinne przyjęcie! Gospodyni, p. Matylda, z otwartością wprowadza nas na ganek, gdzie wystawione jest jedzenie i zachęca do kosztowania świątecznych specjałów. W kilku dużych formach i garnkach znajdują się bardziej lub mniej egzotycznie wyglądające potrawy, z których najbardziej zapamiętujemy puree w mundurkach oraz pieczone krewetki.

Jesteśmy oczarowani gościnnością tej rodziny, lecz - nie chcąc jej nadwyrężyć - postanawiamy po jakimś czasie pożegnać się, składając całej rodzinie życzenia: bonne année!

Przez długi czas nie możemy uwierzyć jak niestandardowe doświadczenie właśnie przeżyliśmy. To była prawdziwa wisienka na torcie, którą zapamiętamy na lata!

Nasz manifest sylwestrowy zaliczamy do bardziej, niż udanych – podobnie, jak łapanie stopa w drodze na lotnisko – przyjazny kierowca zatrzymał się zanim zaczęliśmy gestykulować w stronę przejeżdżających samochodów!

Udowodniliśmy sobie, że niemożliwe jest możliwe – włącznie z tanim wyjazdem do raju na środku oceanu! Mimo, że ten wyjazd był niezapomniany, do jego opłacenia nie musieliśmy używać ani srebrnej, ani złotej Mastercard. Seszele, owszem, są ekskluzywnym kierunkiem wakacyjnym, ale można tam spędzić czas w sposób alternatywny, z dobrymi wspomnieniami, za ułamek ceny pokazywanej w broszurach.

Myli się ten, kto uważa, że nasz manifest jest niekonsekwentny. Nie ma dla nas znaczenia, że na ten malowniczy archipelag dolecieliśmy na pokładzie 5-gwiazdkowych linii lotniczych, niektórzy nawet w klasie biznes. Bardziej chodzi o to, aby realizować własne cele i marzenia bez oglądania się na konwenanse. Co ludzie powiedzą było dla nas dobrym serialem komediowym, my wybieramy rzeczywistość inną od serialu.

Wydaje się, że z pozoru przyziemne doświadczenia z tego wyjazdu wykraczają poza codzienną rzeczywistość. Prostota nadaje im nowych znaczeń, których zrozumienie będziemy zgłębiać w najbliższym czasie. Rok 2017 będzie wyjątkowy, choć coraz bardziej standardowy zarazem. Gdziekolwiek.



poniedziałek, 12 grudnia 2016

Poruszanie się po Japonii od zawsze traktuję jako wyzwanie, które bywa dodatkową motywacją, przyciągającą mnie do tego kraju raz po raz. Dojazd z lotniska do centrum Osaki, opisany wcześniej, był jedynie prologiem do tej fascynującej miejskiej przygody, którą sprawiłem sobie w jeden z weekendów. Jak wyglądały kolejne etapy w tej grze?

Odnalezienie drogi do hotelu okazało się kolejnym wyzwaniem. Jest piątek wieczór, wszyscy dokądś biegną. W Japonii wszyscy wciąż dokądś biegną! Próbuję skorzystać z map dostępnych na stacji, ale nie pomagają w dotarciu do celu, który najwyraźniej gdzieś się przede mną ukrył. Adres hotelu? Oczywiście, że mam, nawet wydrukowany, ale nie wystarcza. Krążę. Wychodzę z założenia, że gubienie się jest czasami nieuniknione i prędzej czy później doprowadzi do celu.

Dlaczego nie użyć map google i satelity? - zapyta niejeden cwaniak. Oczywiście, że tego próbuję, ale w gęsto zabudowanym centrum Osaki oznaczenie aktualnego położenia zajmuje mojemu telefonowi pół wieczora!

W takich momentach przydają się międzykulturowe zdolności komunikacyjne, uśmiech i zaufanie do tubylców. Plus cierpliwość ... Wielu Japończyków ucieka gdy tylko próbuję ich zaczepić. Nic nowego - nie każdy po całym tygodniu pracy zechce prowadzić konwersację w obcym języku z jakimś zagubionym turystą. W końcu trafiam na grupę pomocnych nastolatków i dzięki nim dowiaduję się, z której strony … patrzeć na mapę, a potem już samodzielnie odnajduję drogę. Wkrótce okazuje się, że do hotelu można się było dostać w kilka minut bezpośrednio windą (!) z jednego z korytarzy w metrze. Ta podpowiedź jakoś umknęła mojej uwadze, lecz wcale tego nie żałuję! Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!

Czas wyjść na miasto. Wybieram konkretny cel, do którego mam dokładnie opracowaną trasę, dzięki … mapie google. Wyjście z metra oznaczone numerem, potem w prawo i w lewo, itd. Banał … Nie od dziś wiadomo, że korzystanie z takich wynalazków wyłącza umysł, przypominam to sobie po kwadransie błądzenia, gdy się okazuje, że rzeczywistość jest inna od założeń, a w zasadzie odwrotna. Po wyjściu z metra trzeba było iść w lewo! Skąd ja to miałem wiedzieć?

Uwaga podróżnicy! Ufajcie własnym zmysłom co najmniej tak bardzo jak technologii, która również bywa omylna - mapa google niedokładnie pokazuje wyjścia z metra w Osace!

Po kolacji, w ktorej zasmakowuję się w japońskich pierożkach gyoza, postanawiam wrócić do hotelu na piechotę. Z Umeda do Nambu to ledwie cztery stacje metra. Solidny spacer, który zapada w pamięć. Ulice Osaki są pięknie oświetlone na święta, a zewsząd słychać świąteczne piosenki. Wystrojone choinki na prawie każdej wystawie sklepowej... Nawet późnym wieczorem na ulicach wciąż widać tłumy ludzi, niektórzy ewidentnie są w trakcie imprezy (lub już po). Ci mniej wstawieni śmigają rowerami po chodnikach, między przechodniami. W jeden wieczór jestem o krok od potrącenia przez rowerzystę kilkanaście razy! Powszechność rowerów w centrum Osaki to bodaj największe zaskoczenie tego wyjazdu.

Po nocy w hotelu kabinowym First Cabin Hotel, którego koncepcja podobna jest do uwielbianych przeze mnie hoteli kapsułowych, stawiam sobie kolejne wyzwanie. Wycieczka „na ślepo” do Kobe – miasta, o którym słyszałem już jako dziecko od Taty - jest tam wszakże ważny dla Japonii port!

Już sama podróż z Osaki do Kobe zapowiada się interesująco. Upolowuję najlepsze siedzenie, jakie można sobie wyobrazić, czyli tuż za maszynistą, od którego dzieli mnie tylko przezroczysta szyba (powiedzmy, że to odpowiednik 1A w samolotach). Przez ponad godzinę drogi (pociąg kategorii „express”) siedzę z twarzą przyklejoną do szyby i przy okazji nabawiam się „szyjoskrętu” (kto by się przejmował!?). Obserwuję tory oraz znaki, a także mijane ze sporą prędkością w bliskiej odległości domy i osiedla. Ponad wszystko jednak obserwuję maszynistę, każdy jego ruch zgodny ze ściśle wyznaczoną procedurą oraz komendy, które wypowiada sam do siebie. Fascynujący spektakl! Nie od dziś wiadomo, że kolejarze w Japoni opanowali procedury gwarantujące bezpieczeństwo i punktualność do perfekcji! Polecam próbkę tego doświadczenia na youtube.

Kobe to malowniczo położone miasto po drugiej stronie zatoki, przy której jest Osaka. Najczęściej kojarzone jest z tragicznym trzęsieniem ziemi, które nawiedziło je w 1995 roku. Patrząc na Kobe dziś trudno uwierzyć, że jedynie 20 lat temu było olbrzymim gruzowiskiem. O skali zniszczeń przypomina niezwykła wystawa zdjęć przy nabrzeżu portowym w centrum.

Kobe słynie również z wołowiny, po którą przyjezdni i lokalni ustawiają się w długich kolejkach. Ustawiam się i ja… Zaliczam też Muzeum Sake – jest to interesująca wystawa o historii tego trunku, zwiedzanie której kończy się darmową degustacją. Polecam!

Mój weekendowy wypad do Japonii powoli dobiega końca, ale przede mną jeszcze punkt kulminacyjny, czyli powrót pociągiem z Kobe do Osaki (znowu tuż za kokpitem!). Z całej wycieczki właśnie to doświadczenie najbardziej zapada mi w pamięć. Po powrocie do Doha koledzy w pracy pytają jak spędziłem ostatni weekend. W towarzystwie, w którym każdy co chwilę wybywa gdzieś w świat, trudno jest zaimponować. Tym razem mam jednak bezcenną opowieść, którą mogę się pochwalić przed jednym z dyrektorów, nie ryzykując braku zrozumienia:

- Ostatni weekend spędziłem obserwując fascynującą pracę maszynisty w pociągu z Osaki do Kobe – wypaliłem z dumą. Jako pasjonat kolei nie tylko mnie zrozumiał, ale też takich weekendowych doświadczeń serdecznie mi pozazdrościł. I tak oto moja kolekcja „priceless’ów” powiększyła się o kolejną historię, którą z dumą tu Państwu prezentuję.



poniedziałek, 05 grudnia 2016

Od mojej pierwszej wizyty w Japonii, jeszcze w czasie studiów, minęło wiele lat. Była to dla mnie pierwsza podróż poza Europę, którą porównywałem do wygranej na loterii. Wyjeżdżając po ponad dwóch tygodniach pobytu nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę miał okazję tam powrócić. Tymczasem dziś nie potrafię się doliczyć moich wypadów do tego kraju. Jeździło się na sushi i z powrotem; był wyjazd na urodziny z tak mocną ekipą, że przy wielu okazjach wspominany jest do dziś; nie mówiąc już o licznych przesiadkach na lotniskach japońskich…

Ostatnią wizytę w Japonii potraktowałem jako okazję do zabawy w miejską orientację. W poruszaniu się po Tokio już się w miarę oswoiłem, więc teraz wybór padł na Osakę, której przy poprzedniej wizycie nie miałem okazji odkryć samodzielnie, będąc sam sobie przewodnikiem.

I niech o takim samodzielnym odkrywaniu obcego świata, krok po kroku, przecznica za przecznicą, będzie ten wpis - zwiedzanie najpopularniejszych turystycznych atrakcji w Kyoto i Narze mam już przecież dawno zaliczone.

Wyzwanie zaczyna się już na lotnisku Kansai - jak dojechać do centrum miasta? Do wyboru szybszy pociąg ekspresowy, na który trzeba długo czekać, lub 'local' - odjeżdżający za moment, ale zatrzymujący się na wszystkich (bardzo wielu) stacjach.

Intuicja mi podpowiada by nie czekać na ekspres, lecz wybrać pociąg lokalny. Po kilku przystankach zauważam, że linia kolejowa z lotniska łączy się z inną, więc od tego momentu powinien być większy wybór pociągów. I tu udowadniam sobie, że w tej grze już dawno przeskoczyłem z amatora na wyższy poziom - przydaje się moje doświadczenie, np. z systemu tokijskiego.

Przesiadam się na pociąg ekspresowy jadący z innego miasta, który podjeżdża po minucie na tor równoległy przy tym samym peronie. Ekspres ma w tej filozofii pierwszeństwo, więc 'Local' odjedzie po nim. Już wiem, że wygrałem - zanim wysiądę w centrum Osaki wyprzedzimy co najmniej dwa inne lokalne pociągi. Trochę sprytu i kombinacji pomaga mi zaoszczędzić prawie pół godziny! Jaki jestem z siebie dumny?!

Nie muszę ukrywać, że ta kategoryzacja pociągów, powszechna w Japonii właśnie, bardzo mi się podoba. Przy dłuższych odległościach po prostu zawsze warto się przesiąść z pociągu lokalnego na ekspres lub odwrotnie, zwłaszcza że cena jest ta sama. Uwielbiam takie zagadki - ich rozwiązywanie przynosi mi obrzymią satysfakcję!

P.S. Kategorii pociągów na jednej linii może być wiele, nawet pięć w ramach tej samej taryfy, plus szósta droższa, z miejscami rezerwowanymi. Local, Semi-local, semi express, limited express, express, rapid express... Zauważyłem że w Osace ‘limited express’ ma kategorię szybszą od ‘expressu’, odwrotnie niż np. moja ulubiona Odakyu Line w Tokio. Fascynujące!

Już wkrótce wpis o kolejnym poziomie miejskiej gry na orientację w Osace. 

środa, 09 listopada 2016

Zainspirowany ostatnim wpisem o zaległościach z zapisywaniem szczegółów lotów do mojego pamiętnika w excelu stwierdzam, że od kilku lat latam jak bumerang. W tę i we wtę. A czasem tylko w tę i w tę, czyli dookoła (dookoła świata, dookoła oceanów, a ostatnio - dookoła kontynentów).

Powróciłem ostatnio do wpisu z początku 2009 r. o tym samym tytule.

- Rozlatałem się ostatnio – stwierdzałem na początku tamtego wpisu.

Obliczyłem wtedy, że wylot z bazy w Doha wypadał średniorocznie co 18 dni (ostatnio 10!). Licznik lotów powoli dobijał wtedy do pierwszej setki. Co miałbym stwierdzić dziś, gdy licznik przekroczył 500 700 i końca nie widać? (pierwsza wersja tego wpisu była gotowa prawie 200 rejsów temu, stąd konieczne poprawki; kiedy to zleciało?!)

Marzyłem wtedy, tj. na początku 2009 r., by przelecieć się „nowiutkim 777”. Dziś już nawet nie pamiętam jak do tego doszło... Statystyka jednak podpowiada, że do tej pory miałem przyjemność gościć na pokładzie Boeinga 777 84 razy 130 razy 149 razy. Warto odnotować, że latem 2015 r. B777 wyprzedził w moich statystykach Airbusa A320. Niemożliwe? Tymczasem B777 wciąż pnie się szybko w górę, by wkrótce wyprzedzić Airbusa A330, czyli numer 1 obecnych statystyk (naukowiec by wyjaśnił, że pozycja rankingowa A330 wynika z uwarunkowań historycznych i obecne tempo przyrostu tego licznika maleje na korzyść innych modeli :)

Kilka lat temu marzyłem o pierwszej podróży boeingiem 777, dziś o spełnieniu tego marzenia przypomina statystyka. Ale nie tylko – wciąż cieszę się jak dziecko, gdy dostaję kartę pokładową na rejs wykonywany przez B777.

Mimo, że do siatki QR dołączyły ostatnio nowsze modele z bardziej nowoczesną kabiną i fotelami (787, 380, 350), na najdalsze podróże wciąż preferuję „trzy siekierki”. To jest samolot, z którego nie ma się ochoty wysiadać, zupełnie jak w reklamach airbusów sprzed kilkunastu lat.

P.S. Ostatnio w środku nocnego lotu udałem się do toalety. Mocno zaspany wszedłem z kabiny do kuchni i skierowałem się do korytarza przy kokpicie – właśnie tam znajdują się toalety w przedniej części „trzech siódemek”.

- Co jest!? Kurna chata, czym ja lecę?! – pomyślałem zdziwiony, gdy toalety tam nie znalazłem.

Dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się o co chodzi – w końcu byłem na pokładzie A330, a nie B777! Przemiła załoga (Pani Magda) skierowała mnie do toalety, którą chwilę wcześniej bezwiednie minąłem, a widząc moją bezradność, pełna zrozumienia, pomogła nawet otworzyć drzwi. Było mi niezmiernie głupio, ale wnet pomyślałem, że przynajmniej będzie o czym wspomnieć na blogu; ot, kolejny dowód na to, jak bardzo jestem ostatnio przyzwyczajony do podróżowania na pokładzie B777.

| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      


Doha by day

Doha by night