Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

Lotniczo

niedziela, 11 marca 2018

Taryfa serwis? Bilet pracowniczy potwierdzony lub bilet pracowniczy bez prawa do potwierdzonego miejsca? Zerówki? ID90? ID50? ZED? PP90? Buddy pass? Subload?

Jeśli te terminy wyglądają znajomo, najpewniej należysz do grupy użytkowników przywilejów pracowniczych w liniach lotniczych. Po opanowaniu podstaw w podróżowaniu na standby, czas na porady dla zaawansowanych. Dzięki nim masz szansę, jak ja, pokochać podróże na standby.

1. Adaptuj marzenia do rzeczywistości

Z biletami zniżkowymi podróżowanie po świecie staje się tak proste, że marzenia same mogą się spełniać … Czasem trzeba im w tym jednak pomóc. Zacznij od zdefiniowania – co w danym marzeniu jest dla ciebie najważniejsze? Na jakie ustępstwa możesz pójść? Jakie są alternatywy?

Zamiast marzyć (jak miliony ludzi na tej planecie) o obejrzeniu na żywo ten jedyny raz legendarnego pokazu fajerwerków w Sydney w ostatni dzień roku, wolałem odwiedzić to niezwykłe miasto wiele razy, lecz o innych porach roku. W Sydney, podobnie jak w wielu innych miejscach, można się zakochać poza sezonem turystycznym - nawet jesienią czy zimą. Rzeczywiście czasem może być deszczowo, ale ogólnie pogoda jest wtedy idealna na rower i spacery – wolę to, niż 40-stopniowe upały w styczniu. Szanse na miejsce ze standby też są wtedy większe.

2. Chwytaj okazje

Nie odkładaj planów i marzeń na za tydzień, jeśli jest cień szansy, że zrealizujesz je już dziś. Wsłuchaj się w intuicję, zamiast analizować wszystkie za i przeciw. Jeśli nie ma poważnych przeciwwskazań do wyjazdu - leć!

Wiele razy na blogu wspominałem o spontaniczności moich podróży – rzeczywiście takie podejście było kluczem do sukcesu. Szczytem spontaniczności była dla mnie decyzja o wyjeździe na 55 minut przed odlotem (dodam, że wtedy byłem w domu w piżamie!). Nie zawsze jednak musi być tak ekstremalnie - przykładem niech będzie mój ostatni wypad do Seulu - doszedł do skutku tylko dlatego, że intuicja mi podpowiedziała, by go nie odkładać. Istniało duże ryzyko niezabrania się na wylocie z Doha. Rozważałem odłożenie wycieczki o tydzień, bo prognozy obłożenia były wtedy przychylniejsze. Na szczęście posłuchałem intuicji i postanowiłem spróbować. Jakimś cudem znalazło się dla mnie miejsce, i to obok znajomych, których nie widziałem od lat. Gdybym obstawiał moje szanse na następny weekend lub kolejne, o wyjeździe do Seulu mógłbym w ogóle zapomnieć – jak łatwo się domyślić, początkowo przychylna moim planom prognoza rozminęła się z rzeczywistością.

3. Bądź elastyczny w swoich planach

Twoje plany mogą zostać pokrzyżowane – zaadaptuj się do nich, zamiast się im opierać. To może być najtrudniejsze do wprowadzenia w życie – w naszych marzeniach o podróżach naturalnie zawieramy wiele szczegółów. Realizacja wszystkich może okazać się niemożliwa. Adaptacja do zastanych warunków jest często najlepszą - jeśli nie jedyną - strategią. Nauczyłem się tego pomocnego podejścia dość wcześnie w moich podróżach – przy okazji wycieczki do Singapuru. Gdy na lotnisku okazało się, że dostanie miejsc na rejs bezpośredni okazało się niemożliwe, natychmiast postawiłem na najbliższą dostępną alternatywę i wkrótce wylądowałem w Kuala Lumpur. Adaptując się do sytuacji, przez kilka dni zwiedzałem największe miasto Malezji – zamiast Singapuru, samotnie – zamiast z przyjaciółmi, spontanicznie – zamiast wedle planu. Do Singapuru i przyjaciół dojechałem po kilku dniach autobusem. Dzięki elastyczności upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu.

4. Biegnij

Nawet jeśli wydaje ci się, że nie zdążysz. Biegnąc, zwiększasz swoje szanse! Gdy będziesz zasapany, łatwiej będzie agentowi uwierzyć w twoją historię i być może potraktuje cię wyjątkowo. Agenci są przyzwyczajeni do dziwnych historii życiowych, którymi ludzie usprawiedliwiają swoje spóźnienia na rejs, jednak tylko mała garstka z nich jest wiarygodna. Do zasapania dodaj pozytywną energię i uśmiech na twarzy. Nic to nie kosztuje.

5. Nie przesadzaj z analizą sytuacji

Co tu analizować? Aż do wylotu, rejs pusty może się wypełnić, a na rejsie pełnym może znienacka pojawić się sto wolnych miejsc. Lista czynników wpływających na to, czy się zabierzesz, jest bardzo długa. Co ciekawe, każdy z nich może działać na twoją korzyść lub niekorzyść. Zamiana samolotu, z mniejszego na większy, z większego na mniejszy? Przesiadający się pasażerowie, którzy z powodu opóźnienia zwalniają miejsca na jednym rejsie i są przerzucani na kolejny? Duża rodzina lub grupa decydująca się nie lecieć bez brakującej osoby (np. przypadek medyczny, odmowa wstępu na pokład, itp.).

Albo overbooking? W mojej karierze wiele razy overbooking na jednym rejsie powodował, że pasażerowie byli przerzucani na pustszy rejs, w który celowałem i miejsca po prostu znikały w mgnieniu oka. Jednak w innych sytuacjach, na przekór, nawet overbooking działał na moją korzyść. Na wypełnionym ponad miarę rejsie pojawiały się miejsca, których mogłem się nie spodziewać. Istotą overbookingu jest przewidzenie, ilu pasażerów nie zjawi się do odprawy. Jak to bywa z prognozami - zdarzają się błędy, w jedną lub drugą stronę. Weźmy przykład rejsów z Bliskiego Wschodu do Hong Kongu – na nich standardem jest sprzedawanie 10-15 proc. biletów więcej niż miejsc. Wystarczy, że nie zjawi się 1-2 p. proc. więcej niż się spodziewano i na rejsie, na który od dawna nie dało się kupić nawet najdroższego biletu pełnopłatnego, pojawiają się wolne miejsca dla pasażerów z biletem bez gwarancji miejsca. Jedni widzą w tym cud, inni – zbieg okoliczności o określonym prawdopodobieństwie.

Przesadna analiza rezerwacji pracowniczych też może niepotrzebnie namieszać w głowach. Gdy planowaliśmy grupowy wyjazd na Maledywy, kilka osób poddało się po analizie swoich szans – było ponad 80 (!) rezerwacji pracowniczych i tylko garstka wolnych miejsc. Mimo to, miejsca dostali wszyscy, którzy pofatygowali się na lotnisko. Cała reszta albo została w domu (bo uwierzyła, że sytuacja jest beznadziejna), albo zabrała się preferowanym rejsem (np. do Kolombo na Sri Lance - MLE było dla nich tylko „planem B”, z którego nie musieli korzystać).

6. Podejmuj ryzyko. Uwierz w cuda

Skoro dostanie miejsca ze standby zależy od tak wielu czynników, po prosto warto ryzykować. Większość lotów jest pełnych z założenia – przecież dzięki temu połączenia lotnicze mają szanse istnieć. Po podsumowaniu 10 lat moich podróży na standby okazało się, że aż połowa wszystkich moich rejsów miała co najmniej 90 proc. obłożenia, a co piąty był wypełniony w 100 proc.! Co by się stało, gdybym postanowił unikać najbardziej obłożonych rejsów? Z pewnością nie doleciałbym tak daleko. Zwłaszcza między GDN a MUC, gdzie aż w 80% przypadków moje rejsy były prawie pełne, a na co trzecim „cudem” dostawałem ostatnie miejsce!

Akceptacja z listy standby to jak najlepszy zastrzyk hormonalny. Podejmując ryzyko, dajesz sobie szansę. Otwierasz się na euforyczną przygodę, o której pasjonaci potrafią rozmawiać godzinami - można się od niej uzależnić…

7. Unikaj tłumów. Nie zważaj na pogodę.

Zupełnie jak z prognozą obłożenia samolotów, przewidywanie pogody nie zawsze jest dokładne. Gdyby się nim kierować, liczba destynacji do wyboru zmalałaby blisko zera. Ponadto, popytem w lotnictwie rządzi sezonowość – najlepsza pogoda przyciąga najwięcej ludzi (wysoki sezon). Oznacza to niemożliwie wysokie obłożenie na rejsach, a także wyższe koszty pobytu. W moich podróżach, zamiast przejmować się ryzykiem deszczu, staram się wybierać termin, w którym mam szansę na miejsce w samolocie. Bez takiego podejścia nie odkryłbym, że Maledywy czy Bali w sezonie deszczowym mogą być równie piękne (i tanie!); tropikalne ulewy też można pokochać – są niezwykle orzeźwiające.

Tę sezonowość moich podróży widać na wykresie – poza grudniem najbardziej intensywny w podróże był dla mnie maj (niski sezon), a najmniej latałem w sierpniu (wysoki sezon dla przewoźników bliskowschodnich).

8. Komunikuj się efektywnie

Zacznij od uśmiechu nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Nie jest to łatwe, lecz uśmiech może tylko pomóc. Warto pamiętać, że większość agentów przy odprawie naprawdę jest pomocna i robi wszystko co w ich mocy, by znaleźć miejsce dla ciebie. Przynajmniej do momentu, w którym puszczą ci nerwy…

Nie potrafię doliczyć się sytuacji, w których pojawiał się albo problem z moim biletem, albo listingiem, o braku miejsc nie wspominając. Za każdym razem traktowałem te sytuacje jak ćwiczenia z efektywnej komunikacji. W wielu - z pozoru beznadziejnych - okolicznościach naprawdę da się znaleźć zadowalające rozwiązania. Nawet gdy się krąży jak zaginiony atom po błędnym kole procedur idealnej skądinąd Lufthansy. Przydarzyło mi się to, gdy podróżowałem na moim ostatnim bilecie ZEDowym.

Wedle infolinii, w mojej sytuacji (zmiana daty listingu) pomóc mogli tylko agenci na lotnisku. Stawiam się więc na lotnisku i czekam na werdykt. - Nie da się, nie mają uprawnień w systemie. Wyjaśniam sytuację, dodając nutkę optymizmu. Odsyłają mnie na błędne koło do kroku, przez który próbowałem przejść od tygodnia. Doprecyzowuję szczegóły mojej sytuacji i podkreślam, że wierzę w ich zdolności. Szukają rozwiązania w systemie, ale bezskutecznie. Czekam, choć nie wiem jeszcze na co. Cóż mam innego do roboty o 5 rano na gdańskim lotnisku? Widzą, że się nie poddaję. Obiecują, że skonsultują sytuację z lokalnym szefostwem. Wkrótce okazuje się, że systemu i procedur Lufthansy nawet szefostwo nie może złamać. Sytuacja jest tak beznadziejna, że po prostu czekam na cud. Już nie proszę o nic - to oni proszą, bym nie miał nadziei, gdy z własnej inicjatywy dzwonią w mojej sprawie do centrali. To najdłuższe 10 min. mojego życia. Oczywiście, że się udało. Przydały się umiejętności komunikacyjne, cierpliwość i odrobina szczęścia, by trafić na obrotnego pracownika, który z empatią podszedł do sytuacji i po prostu dokonał niemożliwego, poświęcając mojej sprawie prawie pół godz.!

9. Bądź produktywny w podróży

Przygotuj się na oczekiwanie. Podróże zajmują dużo czasu, tym bardziej, jeśli stają się stylem życia - sposobem na spędzenie każdego weekendu w innym miejscu dzięki biletom standby. To nie tylko czas spędzony w samolocie czy w autobusie na lotnisko, lecz także w kolejce do paszportów czy wielogodzinne oczekiwanie na przesiadkę. Przy odpowiednim podejściu wcale nie będzie to czas stracony. Oczywistość? Moje podejście idzie o krok dalej – książka nie jest dla mnie sposobem na zabicie nudy w samolocie czy w terminalu. Przeczytanie rozdziału lub nauka słówek w podróży jest dla mnie celem równie ważnym jak sam wyjazd. Podobnie jak inspirująca rozmowa z towarzyszem podróży lub nieznajomym, na którą w innych okolicznościach nie byłoby czasu, ani przestrzeni. Oczekując na kartę pokładową wolę skupić się na „tu i teraz” zamiast wpatrywać się w ekran telefonu pokazujący status mojego rejsu i znikające wolne miejsca (lub inne głupoty). Oczekiwanie to przecież doskonała okazja do medytacji.

Podróż jest magiczną czasoprzestrzenią, w której mamy okazję oderwać się od codziennych zajęć i skupić na tym, czego w zabieganej codzienności czasami brakuje. Wykorzystaj ją jak najlepiej.

10. Zamień sztampę na unikalne doświadczenia

Miej odwagę, by definiować marzenia dla siebie, pod siebie, a nie innych. Zamień sztampę na unikalne doświadczenia, które na zawsze zapadną w pamięć. Realizowanie własnych marzeń daje większą satysfakcję niż odhaczanie kolejno pozycji sugerowanych przez magazyny podróżnicze.

Zgodnie z koncepcją zaprezentowaną przez Simona Sineka, najlepiej jest „zaczynać od DLACZEGO”. W mojej filozofii ważniejsza jest inspiracja do marzeń niż marzenia bez inspiracji. Na przestrzeni lat moje marzenia ewoluowały, a niektóre wręcz wyparowały, np. wejście na szczyt Kilimandżaro (zrozumiałem, że wrzuciłem je na listę marzeń z chęci dorównania innym, co w pewnym momencie straciło na znaczeniu). Podglądanie goryli w rwandyjskiej dżungli nigdy na moją listę marzeń nie trafiło, podobnie jak pływanie z rekinami (ludojadami czy nie). Po prostu nie są w obszarze moich zainteresowań (choć to gorący temat wśród globtroterów).

Gdy skakałem między wyspami Pacyfiku na pokładzie legendarnego rejsu CO957, moim celem były nie tylko wrażenia zmysłowe (np. widoki), lecz także obserwacja, jak taki lot-tramwaj łączy odległe społeczności ze sobą i ze światem. Z kolei inspiracją do niedawnego przelotu nad Południowym Pacyfikiem była podróż do przeszłości, odzyskanie utraconego dnia oraz przetestowanie ciała pod kątem ekstremalnych zmian stref czasowych.

Każdy z nas ma swoje unikalne motywacje. Wsłuchaj się w nie i zamień sztampę na unikalne doświadczenia.

 

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj. (Mark Twain)

Praca w liniach lotniczych oraz podróże w trybie standby były dla mnie przygodą życia pełną wrażeń i niezastąpionym źródłem adrenaliny. Dzięki temu unikalnemu podejściu moje marzenia spełniały się jedno po drugim, jak na taśmie produkcyjnej, nierzadko niezauważone... Korzystałem z tego przywileju zgodnie z sugestią Marka Twaina.

P.S. Wpis zawiera osobiste opinie autora. Za konsekwencje stosowania się do nich autor nie odpowiada. Przed bezrefleksyjnym wcieleniem powyższych porad w życie (które jest bezpłatne), autor gorąco poleca uważne skonsultowanie z ostatnim punktem („Zamień sztampę …”).



piątek, 09 marca 2018

Praca w liniach lotniczych może być pasją samą w sobie, a po dodaniu przywilejów w postaci biletów pracowniczych dla wielu staje się wręcz sposobem na życie. Któż nie marzył o dalekich podróżach po świecie, choćby w dzieciństwie?

Dla wielu osób sama możliwość kupienia biletu zniżkowego to zwykle klucz do spełniania marzeń, a przydzielone miejsce z listy standby jest jak wygranie na loterii. Nie jest to jednak loteria dla każdego – poznałem wiele osób, które szybko się zniechęciły. Gdy planujesz podróż na standby przygotuj się m.in. na:

  • niepewność (oczekiwanie na miejsce aż do ostatniej chwili);
  • niewygodne przesiadki (bezpośrednie rejsy nie zawsze mają wolne miejsca);
  • dziwaczne z pozoru wymagania (schludny ubiór i wygląd nie idą w parze z wakacjami).

 

Bez odpowiedniego podejścia każda podróż na standby może stać się koszmarem. Znalazłem na to sposób. Po wielu latach doświadczania tego wspaniałego przywileju (ponad 750 lotów na standby oraz 43 nieudane próby) uważam, że standby to nie tylko sposób na podróże. Standby to stan umysłu, który takie podróże wspiera.

Oto zasady, dzięki którym przywilej zniżkowych biletów dał mi niezapomniane 10 lat podróży - zawsze spontanicznych, prawie zawsze zbyt krótkich, często szalonych, a czasami wręcz nieracjonalnych. Była to największa przygoda życia!

 

1. Check: Bądź poinformowany

Odnotuj szczegóły swoich lotów, zwłaszcza godziny odlotów. Podróż na standby jest często jak „życie na krawędzi”, więc błędna informacja może dużo kosztować. Pięć minut może zrobić dużą różnicę gdybyś miał się spóźnić do odprawy. Inne przydatne informacje to numer terminala, a także rodzaj samolotu. Podróżom towarzyszy zmęczenie, a w takich warunkach łatwo przeoczyć ostrzegawcze sygnały z otoczenia lub po prostu się zagapić. Założę się, że znasz co najmniej jedną osobę, której to się przytrafiło. Strefy czasowe to dodatkowe utrudnienie. Jeśli nie chcesz polegać na własnej pamięci i skomplikowanych obliczeniach skorzystaj z kalendarzowych aplikacji (np. Kalendarz Google), które nie tylko zapamiętają w twoim imieniu wszystkie krytyczne szczegóły, lecz również uwzględnią zmiany czasu.

 

2. Cross-check: upewnij się co mówi twój bilet i karta pokładowa

W lotnictwie wiele procedur wymaga tzw. „cross-checków”, czyli podwójnego sprawdzania. Warto je stosować również w życiu osobistym. Czasem sytuacja wymusza na nas kupienie biletu w pośpiechu, może nawet pod wpływem emocji lub stresu. Łatwo tu o pomyłkę. Pamiętaj, by przeczytać wszystkie krytyczne szczegóły: datę, przewoźnika, skąd masz lecieć i dokąd, a także imię i nazwisko pasażera. Czy zgodne są z tym czego się spodziewasz? Warto to zrobić zanim będzie za późno na ewentualną korektę.

Przekonałem się o tym osobiście w trakcie przesiadki pewnego ranka we Wiedniu. Miałem lecieć do Krakowa i ku mojej uciesze od razu dostałem potwierdzone miejsce. Ponad 2 godz. później w czasie boardingu moja karta pokładowa nieprzyjemnie zapiszczała po przeskanowaniu. Agent grzecznie zwrócił mi uwagę, że wejście na „mój rejs do Warszawy” rozpocznie się za chwilę na stanowisku obok! Błąd, dotąd niewyobrażalny, był oczywiście po mojej stronie i popełniłem go już przy kupowaniu biletu! Niestety, nawet mając mnóstwo czasu (ani po kupieniu biletu, ani tym bardziej po dostaniu karty pokładowej!), nie wykorzystałem żadnej szansy na sprawdzenie, czy wszystko się zgadza, przez co wylądowałem w Warszawie zamiast w Krakowie!

Innym razem, w trakcie boardingu w Doha, zauważyłem, że jegomościowi stojącemu w kolejce przede mną właśnie przyznano upgrade i wręczono kartę pokładową z … moim imieniem! Asertywne zakomunikowanie mu tego było wyzwaniem, które bezzwłocznie podjąłem – gra była tego warta!

 

 

3. Pakuj się lekko i wygodnie

Za stosowanie się do tej rady podziękują ci plecy i umysł. Poczujesz się lżej, zamiast martwić się o targany dobytek. Unikaj nadawania walizek – to często czynnik decydujący o tym czy się zabierzesz na rejs. Agentowi przy odprawie nie tylko zależy na przyznaniu ci miejsca (jeśli tylko się znajdzie), ale także na punktualnym wylocie danego rejsu. W niektórych sytuacjach na nadawanie walizek jest po prostu za późno. Bagaż będzie tym większym ciężarem, gdy masz przesiadkę (planowaną lub nie). Skoro i tak zdroworozsądkowo przygotowujesz się na wypadek jego zagubienia (awaryjne kosmetyki i ciuchy w podręcznym), to jaki jest w ogóle sens zabierania dużego bagażu z domu?

Wygoda też ma znaczenie. Tu wspominam wyjazd z przyjaciółmi na Perhentiany (Malezja) – umówiliśmy się, że wyjazd będzie miał koncepcję „backpackerską”, więc każdy spakował się do małej walizeczki na kółkach. Jakież było zdziwienie osoby spoza branży, która do nas dołączała!  Nie po to wynaleziono koło, aby z niego nie korzystać. Bieganie po terminalach lotniskowych z małą walizką na kółkach jest po prostu łatwiejsze niż z plecakiem średniej wielkości.

Pamiętam też, jak bez wygodnego (w bieganiu) bagażu podręcznego nie miałbym szans w niejednej podbramkowej sytuacji, np. gdy na starym lotnisku w Doha wręczono mi kartę pokładową na rejs do Warszawy na 23 min. przed odlotem (czyli 3 min. przed zamknięciem wyjścia!). Zdążyłem, ale tylko biegiem.


4. Ćwicz cierpliwość

Nie poddawaj się – przynajmniej, dopóki szanse nie spadną do absolutnego zera. Tu oznacza to czekanie na cud nawet do momentu zamknięcia drzwi w samolocie. Okazując cierpliwość dajesz cudom szansę, by się wydarzyły. Przecież bez nich podróże na standby nie byłyby tak magiczne.

Gdy wracałem z SYD do DOH niespodziewanie, już na pół godz. przed zamknięciem odprawy, poinformowano wszystkich oczekujących, że nie mają szans na miejsce. Większość natychmiast wróciła zrezygnowana do domu. Tymczasem ja nie zamierzałem się poddawać – nie miałem nic do stracenia. Cierpliwie czekaliśmy (trzy pełne optymizmu osoby), podczas gdy lotnisko ze względu na późną porę zaczęło się wyludniać – wokół nas było coraz ciszej, nawet niektórzy agenci z naszego rejsu już opuścili stanowiska. Kwadrans po zamknięciu odprawy, czyli 45 min przed rozkładowym odlotem, w tej niezwykłej ciszy, wśród obsługi pojawiło się poruszenie, którego tak bardzo wyczekiwałem - nagle agenci zaczęli nas wywoływać do odebrania kart pokładowych. Nasza cierpliwość została nagrodzona. Od zajęcia wymodlonego miejsca w samolocie dzieliła nas tylko przebieżka przez terminal. Bułka z masłem! Z moim doświadczeniem ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że tak to się skończy!

 Gdy samolot odlatuje bez ciebie - rozchmurz się i zrób zdjęcie. Jak często możesz obserwować odlot twojego rejsu z takiej perspektywy?

 

5. Nastaw się optymistycznie i dorzuć szczyptę realizmu

Optymizm niewiele kosztuje. Warto jednak być gotowym na inne opcje, a w zasadzie na wszystko. Co będzie moim pierwszym krokiem, gdy sytuacja się wykolei? Naładowany telefon to absolutne minimum - gotowy do użycia, gdy konieczne jest wprowadzenie w życie planu B (zamiast liczyć na doładowanie w samolocie, zrób to przed wyjściem z domu/hotelu). Ileż to razy wbiegałem w ostatniej chwili na lotnisko by się odprawić i agent nie mógł odnaleźć mojej rezerwacji?! To chyba oczywiste, że numer biletu miałem przezornie zapisany w telefonie, by w razie potrzeby go przedstawić? Gdy pozostawało 5 min. do zamknięcia odprawy, nie byłoby czasu na szukanie gniazdek i kabelka, by uruchomić rozładowany telefon. W podróżach na standby zdarza się wiele niespodzianek. Szczypta realizmu i niebranie wszystkiego za pewnik pomaga się na nie przygotować.

Bilety pracownicze wywołują skrajne emocje. Jedni je uwielbiają, inni nienawidzą. Jeśli jesteś w drugiej grupie, dzięki tym poradom twoje podróże na standby mają szansę stać się mniej uciążliwe. Jeśli czujesz niedosyt to zapraszam na drugą część – jak pokochać podróże na standby - dla zaawansowanych. Już wkrótce.

niedziela, 28 stycznia 2018

Od lat twierdzę, że moje podróże są zawsze spontaniczne, prawie zawsze zbyt krótkie, często szalone, a czasami wręcz nieracjonalne. Od czego się zaczęło? Zanim zabiorę się do podsumowania ostatnich 10 lat moich podróży prezentuję nigdy niepublikowaną historię, którą niektórzy pewnie wrzuciliby do kategorii z horrorami, lecz dla mnie była inspiracją i dziś jest sympatycznym wspomnieniem.



Otóż pierwszym przejawem mojego wyjazdowego szaleństwa w trybie racjonalnym-inaczej była lotnicza podróż z Gdańska do Warszawy z czasów studiów. Mogło to być 40 min. bezpośrednim rejsem albo … Moją alternatywną opcję (dziś może powiedzielibyśmy, że nawet hipsterską) wspominam tym chętniej, gdyż ze względu na warunki pogodowe spędziłem w jej trakcie ponad cztery godz. na … autostradach na zachodzie … Niemiec.

Ryanair miał zabrać mnie wieczornym rejsem z Gdańska do Frankfurtu/Hahn, lecz wylądowaliśmy w Kolonii. Zgodnie z umową, w środku nocy przetransportowano nas autokarami na lotnisko w Hahn. W ten magiczny sposób czas oczekiwania na przesiadkę skrócił się z 8 do nieco ponad 5 godz. Stąd porannym rejsem Wizzair miałem wylecieć w kierunku Warszawy, lecz nieustępująca mgła spowodowała, że punkt wylotu zmieniono na ... Kolonię. Do dziś jestem wdzięczny Wizzairowi, że opóźnił odlot, by pozwolić pasażerom na dojazd autokarami z Hahn. Mimo że w Warszawie wylądowałem z kilkugodzinnym opóźnieniem, byłem podekscytowany, że przeżyłem właśnie przygodę, którą będę mógł opowiadać przez lata.

Dziś uważam, że najlepsze podróże zaczynają się już zanim wyjdzie się z domu. Od lat gromadzę na to dowody i opisuję na tym blogu.





piątek, 29 grudnia 2017

Moja podróż trwa. Od 36 godz. zdobywam świat, kolejno: Doha, Bangkok, Osaka, w końcu Frankfurt. Na ostatnim locie z Osaki spełniłem wieloletnie marzenie o podróży w garbie jumbo jeta. Po wyjściu z samolotu trudno mi było uwierzyć, że to niezwykłe doświadczenie mam już za sobą, i że poszło mi tak gładko. Co dalej?

Piątek po południu. Frankfurt.

Do końca mini-urlopu pozostało mi półtora dnia. Jak najlepiej wykorzystać ten czas? Mogę zostać na noc we Frankfurcie, przecież mimo licznych wizyt na tutejszym lotnisku nigdy nie miałem okazji zwiedzić miasta. Jednakże konieczność szukania noclegu mnie zniechęca. Mógłbym też powiedzieć sobie „khalas” i wrócić do Kataru najbliższym rejsem. Jeszcze dziś zasnąć we własnym łóżku i odpocząć po tych wykańczających podróżach. Żadna z tych opcji mnie nie ekscytuje. Gdzie spędzić najbliższą noc? Nie we Frankfurcie, nie w Doha. Musi być jakaś trzecia opcja, po prostu musi!

Uwaga! Czytanie dalszej części odradza się osobom wrażliwym na zachowania „racjonalne-inaczej”.

Jestem na lotnisku we Frankfurcie, olbrzymim porcie bazowym Lufthansy, z którego flagowe jumbo jety odlatują we wszystkich kierunkach. Skoro byłem skłonny oblecieć pół świata, by wsiąść na pokład jumbo jeta w Osace, głupotą byłoby teraz nie skorzystać z kolejnej okazji lotu tym modelem samolotu. Kuj żelazo, póki gorące!

W sumie mogę lecieć gdziekolwiek, byle tylko zdążyć na niedzielę do pracy. Johannesburg? Stamtąd do Kataru będzie „rzut beretem”, tylko niewiele dalej niż z Frankfurtu. Wieczorne połączenie do tego miasta w RPA również wykonuje jumbo jet, jednak tym razem jest to najnowszy model, tj. Boeing 747-8 Intercontinental - nowinka sprzed kilku lat. Mój umysł zaprząta tylko jedna myśl: gdyby znowu udało się dostać miejsce w garbie … Stoję przed szansą doświadczenia dwóch generacji jumbo jetów w trakcie jednego wyjazdu. A przecież wcześniej o przelocie 747-8 nawet nie śmiałem marzyć. Tylko ja mogłem wpaść na taki pomysł, jestem z siebie dumny!



Choć do odlotu pozostało ponad 8 godz., nieśmiało idę do stanowiska odprawy Lufthansy. Nawet nie zdążam zapytać o miejsce w garbie, gdy agent wręcza mi kartę pokładową: nie tylko ze wskazanym miejscem (zamiast standby), nie tylko w klasie biznes, lecz nawet na górnym pokładzie!

- Niechże ktoś mnie uszczypnie! Spełniam marzenia, jedno po drugim!

Skoro już wiem, gdzie spędzę kolejną noc mogę się już zrelaksować. Właśnie zyskałem całe popołudnie, a piękna, letnia pogoda wspiera moją myśl, by udać się z lotniska do miasta. Trafiłem na sprzyjającą konstelację gwiazd i mogę upiec kolejną pieczeń na jednym ogniu …



Bez konkretnego celu spaceruję po malowniczych uliczkach, które o tej porze roku tętnią życiem. Natrafiam na dzielnicowe targowisko, na którym są też budki z jedzeniem i lokalnymi trunkami. Zbliża się piątkowy wieczór, więc zabawa trwa w najlepsze. Udziela mi się ten nastrój i nawet przysiadam się z kieliszkiem wina do jednej z grup. Jednak nie zdradzam niemieckim współbiesiadnikom mojego sekretu, nie zdradza go również mój niewinny wygląd: smart casual i mały plecak. Jestem tu tylko w tranzycie; w kieszeni mam kartę wstępu na górny pokład jumbo jeta, w którym mam zarezerwowane łóżko na najbliższą noc. Skąd przybywam? Właściwie to z Kataru, mało istotne, że przez Bangkok i Osakę. Upajam się anonimowością tej spontanicznej interakcji. A przecież w czasach Facebooka dzielenie się takimi informacjami z całym światem wydaje się zupełnie normalne. 



Piątek wieczór. Frankfurt.

To był bardzo długi dzień, ledwo pamiętam wschód słońca, który podziwiałem przed lądowaniem w Osace. Moje ciało zasługuje na odpoczynek, wracam więc na lotnisko, bo – choć nawet mi trudno w to uwierzyć - tam dziś czeka na mnie łóżko: znowu na górnym pokładzie jumbo jeta!

4. Frankfurt - Johannesburg.

Lufthansa. Boeing 747-8 Intercontinental. Miejsce 83K.

Wylot o 23. Przylot o 9 rano.

Czas w powietrzu: 10 godz. 6 min.

Wchodzę na pokład jak do siebie. Choć to dopiero moje drugie doświadczenie w klasie biznes Lufthansy, czuję się tu ekspertem. Fotele są podobne do tych na poprzednim samolocie, jednak kabina jest dłuższa o kilka rzędów, więc wydaje się mniej klaustrofobiczna. Tym razem mam miejsce przy oknie, w trzecim rzędzie górnego pokładu. To będzie moja trzecia noc z rzędu w samolocie, więc wygodnie się rozsiadam i myślę już tylko o spaniu.

Po dłużącym się kołowaniu w końcu rozpędzamy się do startu. Mam wrażenie, że rotacja trwa w nieskończoność. Taka jest przynajmniej perspektywa z garbu tego jeszcze bardziej olbrzymiego, leniwego słonia. Przecież Boeing 747-8 Intercontinental to najdłuższy pasażerski samolot świata (76,3m), może jednak rozmiar ma znaczenie?

Kto by pomyślał, że rekord jakości i długości snu z poprzedniego lotu może zostać pobity tej nocy? Tym razem śpię jak w bajce i to przez całe 7 godz.! Na godzinę przed lądowaniem zrywam się w panice, że ominęło mnie śniadanie. A tu się okazuje, że załoga dopiero serwis bezstresowo rozpoczyna (w QR byłoby już pozamiatane: ze względu na złożoność serwisu załogom QR zdarza się budzić pasażerów do śniadania na 2 i pół godz. przed lądowaniem!).

Sobota rano. Johannesburg.

Po trzeciej nocy w samolocie w końcu ląduję w Johannesburgu.

- Tylko po co ja tu przyjechałem?

- Skąd te wątpliwości? Przecież wszystko ma sens: jestem w drodze powrotnej do Kataru, w niedzielę rano idę do pracy. Opcje na teraz mam co najmniej dwie: zwiedzanie miasta, na które w ogóle nie jestem przygotowany i łapanie kolejnego nocnego lotu; albo przeczekanie kilku godzin na lotnisku i wylot wczesnym popołudniem. Mimo, że pierwsza opcja brzmi ciekawie, to istnieje ryzyko, że ze względu na wysokie obłożenie ten lot będzie niekomfortowy, a to po trzech nocach w powietrzu byłoby dla mojego ciała katorgą. Wygrywa zatem opcja komfortowa, z perspektywą przespania kolejnej nocy we własnym łóżku. Czas pozostały do odlotu zabijam na tarasie widokowym, skąd obserwuję lotniskowe operacje i przylot samolotu Qatar Airways, który wkrótce zabierze mnie do domu.

 Sobota po południu. Johannesburg.

Jestem dość zmęczony, ale całkiem wyspany (naprawdę dało się w klasie biznes Lufthansy wyspać), prysznic jednak by się przydał (takiego luksusu na Lufthansie nie mieli, i dobrze!). Próbuję sobie przypomnieć, kiedy w ogóle ostatnio brałem prysznic. W Bangkoku, w czwartek wieczorem! Jeden dzień, dwie noce, trzy długie loty temu! Ze względu na różnicę czasu wychodzi równo 46 godz.!! Postanawiam nie bić rekordu w tej kategorii, więc odświeżam się tuż przed kolejnym lotem w jednym z lotniskowych saloników.

5. Johannesburg - Doha.

Qatar Airways. Boeing 777-300ER. Miejsce 1K.

Wylot o 14. Przylot o 23.

Czas w powietrzu: 7 godz. 34 min.

Obleciałem świat, stałem się ekspertem w podróżach w garbie jumbo jeta Lufthansy, jednak to tu - na pokładzie QR - czuję się jak w domu. Czuję ulgę, że żadnej kolejnej przesiadki nie muszę już planować. Po przebyciu tylu zaułków niepewności w ostatnich kilkudziesięciu godzinach przyjemnie jest wrócić do siebie.

Sobota wieczorem. Doha.

Po 70 godz. ciągłej podróży zbliżam się do lądowania z powrotem w Doha. Tuż przed przyziemieniem w programie tv pojawia się piosenka Jesse Glynn, z której wyłapuję symboliczny w kontekście tej wycieczki wers: I’m ready for this! Warto kuć żelazo, póki gorące. Gdybym zwątpił lub zawahał się w którymś momencie tej wycieczki, lub nawet w czasie jej planowania, nie doszłaby do skutku.

Determinacja i elastyczność to podstawa sukcesu tego wyjazdu. Intuicyjnie wyczułem dobry czas i spontanicznie przeszedłem do czynów. Ledwo cztery dni temu zacząłem układać plan wycieczki, tak naprawdę na kilka godzin przed wylotem, a później go na bieżąco ulepszałem. Na każdym kroku, zwłaszcza po wylądowaniu we Frankfurcie, nie spocząłem na laurach, lecz chwytałem okazje, które się przede mną odkrywały.

 

Ostatnie trzy dni i trzy noce spędziłem w samolotach i na lotniskach. Poznałem kilka interesujących osób. Zwiedziłem nawet miasto, w którym nigdy nie byłem. Ot, spełniłem właśnie marzenie o podróży w garbie jumbo jeta, i to podwójnie!

Życie jest piękne!



czwartek, 28 grudnia 2017

Długie lata rozważań i jeden dzień planowania wystarczyły, by przejść do realizacji mojego marzenia o podróży w garbie jumbo jeta.

Czwartek, po północy. Doha.

Ruszam z domu na lotnisko z małym plecakiem podręcznym i szkicem planu podróży w kieszeni. W najbliższych kilkudziesięciu godzinach zamierzam być w Bangkoku, Osace i Frankfurcie, więc przydadzą się zarówno klapki, jak i sweter.

Przede mną podróż, która rodzi się w głowie prawie na bieżąco. Celem jest przelot jumbo jetem Lufthansy z Osaki do Frankfurtu w piątek rano. Jeszcze kilka godzin temu szukałem optymalnego scenariusza: którędy dostać się z Doha do Osaki?; gdzie szukać noclegu? - Co zrobić po przylocie do Frankfurtu? – to pytanie pozostawiam na razie otwarte.

1. Doha-Bangkok Suvarnabhumi.

Qatar Airways. Airbus A380. Miejsce 15A.

Wylot o 2 rano. Przylot o 11 rano.

Czas w powietrzu: 6 godz. 21 min.

Na pierwszym locie - przez noc, z Doha do Bangkoku - śpię kilka godzin. Ląduję w południe, a przesiadkę mam przed północą, więc wybieram się do centrum miasta. Funduję sobie tajski masaż, który jest fantastycznym remedium dla zmęczonego podróżnika. To tak na zapas, bo o zmęczeniu nie może być mowy, skoro wycieczka dopiero się zaczęła. Dopiero późnym popołudniem dopada mnie senność, więc w zaprzyjaźnionym schronisku proszę o łóżko na kilka godzin i możliwość wzięcia prysznica.

Czwartek wieczór. Bangkok.

Wieczorem, w drodze powrotnej na lotnisko, dopada mnie tropikalna ulewa, czyli, jak na ironię, dopiero wtedy, gdy odświeżony i wypachniony po prysznicu, jestem przebrany w smart casual, czyli ubranie wymagane w podróży na biletach pracowniczych. Rutynowo doprowadzam się do porządku w lotniskowej toalecie (a propos rutyny: po czym poznać pracownika linii lotniczej w podróży? – po magicznej metamorfozie w lotniskowej toalecie: wchodzi w klapkach, szortach i koszulce, a po 10-15 min. wychodzi w eleganckich butach, długich spodniach i koszuli z kołnierzykiem). 

W końcu melduję się do odprawy na rejs Japan Airlines do Osaki. Mimo obaw o obłożenie, dostaję wygodne miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym.

2. Bangkok Suvarnabhumi – Osaka Kansai.

Japan Airlines. Boeing 787 Dreamliner. Miejsce 45A.

Wylot o 23. Przylot o 6 rano.

Czas w powietrzu: 5 godz. 1 min.

Drugi lot, również przez noc, odbywa się z efektami specjalnymi w cenie biletu. W okolicy Hong Kongu zauważam w oddali festiwal świateł – najbardziej intensywną burzę jaką w życiu widziałem. Trudno oderwać od niej wzrok – są to wielokrotne wyładowania pod olbrzymią chmurzastą pierzynką, przeradzające się w kolejne, i kolejne. Błyskawice bez słyszalnych grzmotów mają w sobie magię, zwłaszcza obserwowane z pokładu samolotu, którego silniki usypiająco buczą, ignorując powagę sytuacji atmosferycznej nieopodal. Jakież to szczęście w życiu siedzieć przy oknie w samolocie i kontemplować o siłach w przyrodzie: tych, które najlepiej obserwować z daleka, i tych, które takie obserwacje umożliwiają (przy okazji dostając szyjoskrętu).

Piątek rano. Osaka.

Lądowanie na położonym na sztucznej wyspie lotnisku Kansai w Osace jest zawsze zjawiskowe. W trakcie podejścia obserwuję, jak wschodzi słońce. To już drugi wschód od początku wycieczki, czyli niecałych 24 godz. Za mną dwie noce w samolocie, a to dopiero początek. Jestem w punkcie, w którym wycieczka miała się dopiero zacząć, a za mną już tyle przygód!

Po przejściu kontroli paszportowej niezwłocznie kieruję się do odprawy na rejs Lufthansy. Z ręką na sercu pytam agentkę, czy w ogóle są wolne miejsca. Okazuje się, że są. Co za ulga! Uśmiecham się i nabieram dużo powietrza, by na jednym wydechu wyjaśnić cel mojej wycieczki i wybłagać miejsce na górnym pokładzie (zwykle trudno je dostać, na dolnym pokładzie jest ich o wiele więcej).

- Czy pierwszy rząd, przy przejściu, Panu odpowiada?

- Jak najbardziej! Dziękuję, właśnie pomogła Pani spełnić moje marzenie!!!

Z dumą odbieram kartę pokładową na mój lot, z niepozornym numerem miejsca: 81H i, w co trudno uwierzyć, z moim nazwiskiem!



3. Osaka Kansai - Frankfurt.

Lufthansa. Boeing 747-400. Miejsce 81H.

Wylot o 10 rano. Przylot o 14.

Czas w powietrzu: 11 godz. 18 min.

Na ten moment czekałem od dawna, w zasadzie od kilku lat. Cały dzień i dwie noce zajęło mi przebycie pół świata, z Bliskiego Wschodu przez Tajlandię do Japonii, tylko po to, by teraz, wchodząc na pokład Boeinga 747-400, zostać skierowany do schodów prowadzących na górny pokład. I udać się w podróż do … Europy.

Grzecznie zajmuję moje miejsce, które okazuje się być tuż przy drzwiach do kokpitu. Próbuję obserwować wszystko, co się dzieje wokół mnie: współpasażerów, kokpit (gdy drzwi są otwarte), procedury naziemne. Jestem podekscytowany, chłonę każdą chwilę tego doświadczenia.

Startujemy. Czuję jakbym siedział na grzbiecie leniwego słonia (ponad 400t masy) rozpędzającego się z użyciem jakiejś magicznej siły (prawie nie słychać silników, które są daleko za mną). To ze względu na wysokość i bliskość dziobu samolotu wrażenia zmysłowe przy starcie na górnym pokładzie jumbo jeta są tak niezapomniane.

Wkrótce po udelektowaniu się niemieckim winem musującym łapie mnie senność. Mimo że lot odbywa się w ciągu dnia, przez bite 5 godz. doświadczam najlepszego snu na świecie. Ten model samolotu we flocie LH nie ma w klasie biznes foteli najnowszej generacji, jednak zwykłemu śmiertelnikowi to wystarcza, by zregenerować siły. Po raz kolejny mam okazję docenić prostotę i pragmatyczność wielu rozwiązań w tej flagowej, niemieckiej firmie. Ponadto, jestem zauroczony osobowością i zachowaniem stewardess; mimo że ich średnia wieku jest wiele wyższa niż w Qatar Airways, po prostu wieje od nich świeżością – po wielu latach przyzwyczajenia do jednej linii lotniczej w takich momentach po prostu docenia się inność.

Ponad 11 godz. w powietrzu zleciało zdecydowanie za szybko, a wino musujące było zbyt smaczne, by z jednego kieliszka starczyło na prolog i epilog zarazem. Podekscytowany, acz wypoczęty, podchodzę do lądowania we Frankfurcie. Lądowanie na górnym pokładzie jumbo jeta, podobnie jak start, też silnie oddziałuje na zmysły, nawet jeśli są nieco przytępione …

Po wyjściu z samolotu zatrzymuję się, by przez szybę terminala spojrzeć z podziwem na maszynę, od lat określaną jako Królowa Przestworzy, która w majestatycznym bezruchu właśnie studzi się przed kolejną misją w daleki świat. Dzięki niej właśnie spełniło się moje marzenie.



Piątek po południu. Frankfurt.

Trudno mi uwierzyć, że to niezwykłe doświadczenie mam już za sobą, i że poszło mi tak gładko. Co dalej? Do końca mini-urlopu pozostało mi półtora dnia. Jak najlepiej wykorzystać ten czas? Mogę zostać na noc we Frankfurcie, przecież mimo licznych wizyt na tutejszym lotnisku nigdy nie miałem okazji zwiedzić miasta. Mógłbym też powiedzieć sobie "khalas" i wrócić do Kataru najbliższym rejsem i jeszcze dziś zasnąć we własnym łóżku i odpocząć po tych wykańczających podróżach. Żadna z tych opcji mnie nie ekscytuje. Musi być jakaś trzecia, po prostu musi!

Ciąg dalszy w kolejnym wpisie :)



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      


Doha by day

Doha by night