Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

Lotniczo

wtorek, 17 października 2017

Latało się dookoła świata (w sześć dni), skakało się także między wyspami Pacyfiku - na pokładzie legendarnego rejsu CO197. Wśród lotniczych przygód przyszła teraz kolej na pokonanie jeszcze mniej zbadanych przestworzy: Południowy Pacyfik.

Ale czy to wystarczający powód by lecieć taki kawał drogi w celu pokonania skrawka oceanu? Jak by tu nadać temu przedsięwzięciu więcej "sensu"?

Od mojej pierwszej podróży dookoła świata minęło kilka lat. Podróżowałem wtedy nad Północnym Pacyfikiem w kierunku zachodnim, co oznacza, że straciłem przez to jeden dzień (ze względu na zmianę daty). Obecny pomysł byłby doskonałą okazją, abym go odzyskał, przemieszczając się w przeciwnym kierunku.

Południowy Pacyfik jest bodaj najbardziej dziewiczym regionem dla lotnictwa. Większość lotów odbywa się między małymi wyspami oceanu, których egzystencja w dużej mierze zależy od komunikacji lotniczej. Rejsy dalekodystansowe natomiast należą do rzadkości. Opcje na przemieszczanie się między tymi kontynentami można wręcz policzyć na palcach jednej dłoni.

 

Co łączy Australię czy nową Zelandię z Ameryką Południową? Jest to nawet 13 godz. różnicy czasu, do których pokonania potrzebne jest 12 godz. lotu. Oto sposób na odzyskanie utraconego kiedyś dnia i podróż do przeszłości!

Do wyboru tylko kilku przewoźników, m.in. Qantas, który lata między Sydnej i Santiago w Chile. Po dotarciu do Sydnej w piątkowy wieczór daję sobie półtora dnia na "odpoczynek" i aklimatyzację różnicy czasu (jestem 7 godz. do przodu w porównaniu do Doha). Klimat i atmosfera tego miasta stwarzają doskonałe warunki do regeneracji sił... W końcu w niedzielny poranek udaję się na lotnisko i dostaję miejsce na wymarzonym rejsie z Australii do Ameryki Południowej! Startuję w południe i po ponad 12 godz. w powietrzu ląduję po drugiej stronie oceanu o 11 rano tego samego dnia, czyli w przeszłości!

Taki lot przez Południowy Pacyfik łączy bardzo odległe światy, jest swoistym dowodem na kulistość naszej planety. Czuję się jak doświadczony w żegludze po innych zakątkach świata Kolumb, któremu w końcu udaje się opłynąć Ziemię dookoła, nieznanym dotąd sposobem. W Ameryce Południowej już kiedyś byłem, lecz tym razem docieram na ten znany mi ląd mało przetartym, nowym dla mnie szlakiem.

Po dotarciu do Santiago tą okrężną drogą mam wrażenie, że to koniec świata. A przecież stąd do Europy czy na Bliski Wschód to już rzut beretem!

Żeby nie było za łatwo, wracam do Doha przez Buenos Aires, Frankfurt, Zurich, Hong Kong, Chiang Mai i Bangkok. Dopiero po powrocie z tak intensywnej podróży, czyli po dziewięciu dniach niemal ciągłego latania, dopada mnie z opóźnieniem jetlag. Zmiany czasu w podróży z Doha do Santiago przez Sydnej obrazuje stworzony na tę okazję wykres, którego dumnie tutaj prezentuję.



środa, 13 września 2017

Od dawna planowałem zorganizować wyjazd, którego celem było lądowanie na miejskim lotnisku Songshan w Tajpej. O jego wyjątkowości świadczy fakt, że jest położone bardzo blisko centrum miasta. Przy poprzedniej wizycie w Tajpej miałem okazję udać się na spotting, czyli podglądanie lądujących i startujących samolotów, o czym wspomniałem na blogu pewien czas temu. Zafascynował mnie wtedy spektakl, w którym na wąskim pasku między autostradą a szeregiem wieżowców w ścisłym centrum miasta lądowały samoloty, od małych (o regionalnym zasięgu) po szerokokadłubowe.

Zamiast jak wtedy oglądać ten spektakl stojąc przy płocie lotniska, na widowni z ziemi, tym razem mogę uczestniczyć na scenie w jednym z jego ulotnych (lub raczej "przelotnych") aktów, jako pasażer lądującego odrzutowca.

By spełnić to marzenie stawiam się z samego rana na rejs linią ANA z lotniska Haneda w Tokio. Już od samego startu na pokładzie Boeinga 787 Dreamliner wyczekuję lądowania. Przecież to jedyny cel mojej wycieczki!

W końcu się doczekuję. Wchodzimy na ostatnią prostą. Przez okno obserwuję jak w szybkim tempie zniżamy się wzdłuż wielkomiejskiej zabudowy. Co chwilę zerkam na ekranik wyświetlający mapę, która potwierdza, że to nie złudzenie – będziemy lądować w samym mieście!

Coraz bardziej przyspiesza mi puls – właśnie spełnia się wieloletnie marzenie. Samo przyziemienie zapiera mi dech w piersiach. Lądowanie na Songshan okazuje się dla mnie najbardziej intensywnym doświadczeniem lotniczym od wielu lat.

Po zaparkowaniu mapa na pokładowym ekraniku wskazuje, że samolot stoi ... na ulicy w środku miasta! Fenomenalne! I jakże inspirujące?! Nie byłbym sobą gdybym nie poszedł za ciosem... Nie oznacza to bynajmniej, że po tak intensywnym lądowaniu spontanicznie postanawiam zaliczyć też i start. Wcale nie przesiadam się do innego samolotu bez wychodzenia z lotniska. Wręcz przeciwnie…

Będąc wciąż w oszołomieniu po lądowaniu wychodzę z budynku terminala i 100 m dalej widzę już ulicę, która wygląda prawie jak Manhattan. Naprawdę wylądowaliśmy w środku miasta!

- Jakim autobusem dojadę do hotelu? - prawie zadaję to pytanie, gdy do głowy wpada pomysł nie do odrzucenia:

- Pójdę do hotelu z lotniska, na piechotę! – odzywa się mój fetysz (po prostu lubię na lotniska chodzić - lub z nich wychodzić – spacerkiem; robiłem to już w kilku miejscach na świecie, włączając Warszawę, Dohę, Miami). Grzechem byłoby z takiej okazji nie skorzystać, skoro lotnisko jest w centrum. Tym samym upiekam dwie pieczenie na jednym ogniu, choć zupełnie tej pieszej wycieczki do hotelu nie planowałem – wystarczyło spojrzeć na mapę i zorientować się jak niewielka to odległość. Jestem z siebie dumny!

Dziś, mimo że lądowanie było bardzo szybkim, ulotnym doświadczeniem, wspominam je klatka po klatce ... Z przyjemnością potwierdzam, że lądowanie na Songshan ma swój ciężar gatunkowy. Rzeczywiście warto było je mieć na bucket list.



wtorek, 11 kwietnia 2017

Od ostatniego wpisu o moich lotniczych statystykach minęły niecałe trzy lata – wspominałem wtedy o pięćsetnym rejsie w życiu. Odtąd mój bagaż doświadczeń wzbogacił się o kolejne 250 szczęśliwych startów i lądowań.

Rejs MW750 był wyjątkowy również dlatego, że trwał rekordowe dla mnie 16 godz. i 48 min (czyli godzinę dłużej od poprzedniego rekordu na trasie DXB-SFO). A mógł trwać kolejne 40 min. dłużej, jak inny rejs w tym samym tygodniu, gdyby tylko istniały gorsze warunki na trasie (np. mniej sprzyjający wiatr) albo dłuższa kolejka do lądowania.

MW750 wystartował z Auckland w Nowej Zelandii o trzeciej po południu czasu lokalnego, w kilkanaście godzin po ustąpieniu cyklonu Debbie. Po osiągnięciu wysokości przelotowej rozpoczął się wyścig z czasem i ucieczka przed zachodzącym słońcem, które dogoniło nas dopiero w połowie drogi. Następnego dnia mieszkańcy Auckland zapewne parzyli już sobie poranną kawę, gdy zaprojektowany do takich specjalnych misji Boeing 777-200 LR, późnym wieczorem, po pokonaniu 14 500 km, lądował w końcu w Doha.

AKL-DOH jest obecnie najdłuższą regularnie obsługiwaną trasą na świecie (czas rozkładowy to aż 17 godz. 40 min.). Polecam osobliwy reportaż z inauguracji tej trasy w lutym br. przygotowany przez Richarda Questa dla CNN.

O zmęczeniu po takim rekordowo długim locie i jetlagu (różnica czasu w stosunku do Doha to 9-10 godz.) nie będę wspominał. Warto było takiego lotu doświadczyć i przy okazji uczcić szampanem okrągłą liczbę startów i lądowań.



1. Po starcie - zachód w Auckland

2. Połowa drogi - zachód słońca tu i teraz

3. Lądowanie - północ w Doha, a w Auckland dawno wstało słońce

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      


Doha by day

Doha by night