Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

GLOBTROTER

środa, 04 kwietnia 2018

Od lat twierdzę, że moje podróże są zawsze spontaniczne, prawie zawsze zbyt krótkie, często szalone, a czasami wręcz nieracjonalne.

Oto zestawienie „Top 10” tych najbardziej spontanicznych. Były one możliwe nie tylko dzięki determinacji mojej, lecz także osób, z którymi podróżowałem. Jeśli miałeś w tym swój udział – dziękuję i gratuluję :)

 

10. Ups! Muszę wziąć urlop na żądanie...


 

9. Praktyka elastyczności: Przez KUL do SIN


 

8. Malediwy odkryte na nowo


 

7. Projekt SXM: marzenia definiowane spontanicznie

 

6. Wystawiony do wiatru na spontan: Tbilisi! Gruzja!!!


 

 

5. Dylematy uprzywilejowanych: Cypr


 

4. Weekendowy debriefing z załogą na Phuket


 

3. Déjà vu jak bumerang: na weekend do Perth


 

2. Tokio: na sushi i z powrotem

 

... i wreszcie na najwyższym miejscu podium ...


1. Szczyt spontaniczności: czy da się leżąc w łóżku i piżamie zdążyć na rejs odlatujący za 60 min? 




sobota, 20 stycznia 2018

Po powrocie z kolejnego weekendowego wyjazdu dostaję wiadomość, której tytuł oznajmia: znaleziono pański paszport o numerze ... Wysłane przez biuro na lotnisku. Zastanawiam się o co im chodzi. Pewnie spam jakiś! Jestem o krok od przeniesienia wiadomości do kosza, ale numer paszportu się zgadza, więc (niechętnie) zaczynam drążyć w pamięci.

Dzień wcześniej szukałem w domu karty pokładowej z ostatniego lotu, by zapisać statystyki, ale jej nie znalazłem. Niby nic dziwnego, skoro nie zdążyłem się w pełni rozpakować. Pamiętam, że karta pokładowa była w paszporcie (jak zawsze), więc skoro jej nie mogłem znaleźć to ...

CHOLERA! ONI MAJĄ MÓJ PASZPORT!!!!

Oto jak przyzwyczajenie do wieloletniej rutyny może człowieka zgubić, i to wraz z paszportem! I nawet nie zauważy!

Czas na zmiany?

P.S. Jestem niezmiernie wdzięczny załodze z mojego rejsu i służbom lotniskowym, które skrzętnie wykonały swoje obowiązki i przekazały zgubę do biura rzeczy znalezionych.



piątek, 25 sierpnia 2017

Półwysep Musandam oraz leżące na nim miasteczko Khasab to miejsce z legendy. Choć to prawdziwa perełka na turystycznej oraz geopolitycznej mapie świata niewiele osób o nich słyszało. Trudny, górzysty teren, pełen przepaści i wąwozów, sprawia, że okolica ta jest trudno dostępna, zwłaszcza dla przybyszów z oddali.

Skaliste brzegi półwyspu oblewane są wodą z Zatoki Perskiej po jednej stronie i Zatoki Omańskiej - po drugiej. Pomiędzy nimi znajduje się strategiczna dla całego świata Cieśnina Hormuz. Tą drogą, de facto dookoła płw. Musandam, każdego tygodnia przepływają setki tankowców zaopatrujących niemalże cały świat w ropę naftową i gaz z Bliskiego Wschodu. Wszystko to dodaje mu niezwykłej magii, nie powinno zatem dziwić, że przy moim logistyczno-transportowym „zboczeniu” doświadczenie tego miejsca na własne oczy znalazło się na mojej liście podróżniczych wyzwań.



Już od tysiącleci ten wąski przesmyk oraz okalający go ląd odgrywały ważną rolę w światowej żegludze i handlu. Niezwykłe góry, które się nad nim wznoszą, były świadkiem historii - to tu krzyżują się handlowe szlaki morskie pomiędzy Bliskim i Dalekim Wschodem oraz Afryką. Tędy właśnie przepływała flota Aleksandra Wielkiego w drodze na podbój Arabii. Zdając sobie sprawę ze strategicznej roli tego miejsca Portugalczycy postawili na pocz. XVII w. fortecę. Dziś półwysep Musandam jest w rękach Omanu i jest tak naprawdę jego enklawą, otoczoną całkowicie przez ZEA (granice lądowe) i wodę (cieśnina Hormuz).

Tę niezapomnianą wycieczkę zaczęliśmy od wylądowania w Szardży, emiracie graniczącym z Dubajem. Z lotniska wynajętym samochodem udaliśmy się na wschód, w stronę granicy z Omanem. Nie sposób było się zgubić, bo nawet znaki, zupełnie bez ogródek, wskazywały kierunek: "Oman - prosto".

Już przekraczanie granicy lądowej było ekscytujące - towarzyszący mi globtroterzy ledwo byli sobie w stanie przypomnieć, kiedy ostatnio to robili (niech żyje Schengen!). Sam proces przekraczania granicy w takim miejscu zasługuje na oddzielny wpis, wspomnę więc tylko, że była to fantastyczna okazja na zdobycie punktów (dodatnich lub ujemnych) w naszej grze na ... wyprzedzenie lokalnej logiki.



Z ZEA do miasteczka Khasab prowadzi malownicza droga wybudowana wzdłuż linii brzegowej na półce skalnej – pod wysokimi klifami. Jadąc takim bulwarem, zakręt za zakrętem, odkrywa się piękno tej mało znanej części Półwyspu Arabskiego.

Gdy w końcu dojechaliśmy do portu w Khasab zrozumieliśmy, dlaczego został on wybrany jako jeden z 7 najpiękniejszych na świecie (wg The Telegraph). Zbudowany jest wewnątrz fiordów, których są w okolicy dziesiątki. Wszystkie są przepiękne, choć wydają się mało gościnne, głównie zamieszkane jedynie przez rybaków oraz pasterzy.

Podobnie jak w całym Omanie, życie w Khasabie jest proste, co częściowo wynika z uwarunkowań geograficznych. Nie umniejsza to jednak jego roli, współcześnie i w przeszłości. Gdy na pokładzie tradycyjnej, drewnianej łódki opływaliśmy fiord za fiordem, z każdej strony odczuwałem powiew historii. Tu – portugalska forteca. Tam - wyspa ze stacją telegraficzną (założoną przez Brytyjczyków). Gdy ze szczytu klifu obserwowałem malowniczą zatoczkę ukrytą pośród wysokich skał, wyobrażałem sobie jak idealnym schronieniem okazywała się dla żeglarzy przy niesprzyjającej pogodzie.

A dziś? Mimo naturalnego piękna Musandam pozostaje skarbem, o którym wiedzą tylko nieliczni. To prawdziwa idylla dla turystów oraz dla … irańskich przemytników, o których bez kozery wspomina wikitravel (jest więc i powiew nowoczesności). Niech tak pozostanie.

Więcej zdjęć pod tym linkiem.

środa, 09 sierpnia 2017

Ostatnio podróżuję bardzo intensywnie. Od kilku miesięcy (od wiosny? już nawet przestałem dokładnie liczyć) nie spędziłem ani jednego weekendu w Doha. Ma to znaczący wpływ na sposób zarządzania czasem. Doskwiera brak regularnego snu w dni wolne, na co znalazłem ostatnio sposób (przede wszystkim regularny sen w dni pracujące).

Podróżując traci się czas nie tylko będąc w ruchu, w biegu, w powietrzu czy w autobusach z/na lotnisko. Stratą może być także czas spędzany na wszelkie oczekiwanie - na autobus/taxi/Uber, na kartę pokładową (ach, ten standby...), czy na kolejny rejs w tranzycie. Summa summarum, przy okazji każdej, cotygodniowej wycieczki można tracić olbrzymią ilość czasu, którego i tak zwykle w życiu brakuje. Jak mimo wszystko te straty zminimalizować? Czytanie książek, magazynów, nadrabianie zaległości poczty elektronicznej to moje wypróbowane sposoby (współczesne gadżety i powszechny dostęp do internetu bardzo to ostatnio ułatwiają). Przymierzam się do zakupu Kindle'a ...



Charakterystyczny miś na lotnisku HIA w Doha

O regularnym uprawianiu sportu też można zapomnieć. Ale niezupełnie - tu pomaga kreatywność. Ostatnio ze znajomymi zaczęliśmy praktykować spacery po lotniczych terminalach. Lotnisko w Doha nadaje się do tego celu idealnie.

Zwykle zjawiam się na lotnisku na nieco ponad godzinę przed odlotem, co po odjęciu formalności, które zajmują kilka minut, daje około pół godz. na solidny spacerek przed zajęciem miejsca w szklanej puszce. Można przejść w tym czasie cały terminal C, D i E w Doha. Są to w sumie tysiące kroków, które skrupulatnie zlicza i dokumentuje mój telefon. W sam raz na odprężenie na koniec pracowitego tygodnia i przejście w tryb weekendowy. Co z tego, że odbywa się to na lotnisku? Ważne, że jest klimatyzacja, duża przestrzeń i względna cisza (nowe lotnisko „HIA” w Doha z ciszy właśnie słynie).

Ostatnio, tuż przed wylotem z Singapuru, również pokusiłem się o spacer - wzdłuż i wszerz Terminalu 3. Udało się złapać sygnał z satelity, dzięki czemu spacer został nagrany przez aplikację Endomondo. Wyszło tego prawie 5 km!

Okazuje się, że lotniska, zwłaszcza te duże, to idealne miejsce na polepszenie statystyki kroków. Przewrotnie, to dzięki częstym podróżom lotniczym spacery w tym gorącym klimacie są w ogóle możliwe.



 Spacer po Terminalu 3 - lotnisku Changi w Singapurze nagrany przez Endomondo

niedziela, 30 lipca 2017

W jednej z dzielnic Maskatu (Oman) jest knajpa, w której gościłem przy okazji każdej wizyty w tym mieście. W ciągu ostatnich dziesięciu lat doliczyłem się ich aż siedemnaście dziewiętnaście, choć odbywały się z różną częstotliwością. Mam na myśli legendarną dla wielu Kargeen Cafe - restauracjo-kawiarnię, a w zasadzie cały kompleks knajpiany. Idealne miejsce na kolację i relaks przy sziszy, sprawdzało się dla mnie zwłaszcza w drodze na lotnisko. Miejsce to polecam niezmiennie od lat wszystkim wybierającym się do Maskatu. Ci, którzy z mojej rekomendacji skorzystali, po powrocie są mi za nią nadwyraz wdzięczni.

W Kargeen Cafe pracuje co najmniej dwóch kelnerów, których kojarzę już od wielu lat. Przy ostatniej wizycie jeden z nich, przechodząc koło stolika, rozpoznał moją twarz, co potwierdził sympatycznym skinięciem głowy. Poruszyło mnie to. Jeśli kelner rozpoznaje mnie w restauracji w kraju, w którym nigdy nie mieszkałem, to jest to co najmniej symboliczne.



Fot. Jaem Prueangwet

Uświadomiłem sobie, że podobnych punktów mam na świecie kilka. Ulubiony optyk w Kuala Lumpur (nie ma sobie równych) plus restauracja Tg’s Nasi Kandar (tamże). Jeden z barów w dzielnicy Itaewon w Seulu. Albo wypożyczalnia rowerów w Melbourne. We wszystkich tych miejscach jestem rozpoznawany przez pracowników z daleka. Należy tu również wspomnieć o niezwykle pomocnych i serdecznych pracownikach naziemnych Qatar Airways w Warszawie.

Częste podróże nauczyły mnie czuć się dobrze w każdym miejscu na świecie. Mimo „kosmopolitycznego” życia miło jest mieć takie miejsca, które można nazwać swoimi, do których z przyjemnością się wraca. Daje to poczucie przynależności, czyli jedną z podstawowych potrzeb człowieka.

Aż miło się robi na duszy. Bardzo miło ...

Fot. Jaem Prueangwet

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            


Doha by day

Doha by night