Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Życie codzienne i nie tylko na egzotycznej emigracji w Katarze.

Wpisy z tagiem: Indie

piątek, 26 listopada 2010

Goa to bodaj jedyne miejsce w Indiach, w którym można natrafić na mieszkańców Zachodu spędzających miesiąc miodowy. Plaże Goa w szczycie sezonu zaludniają się całkowicie turystami o białej karnacji. Wśród nich nie brakuje również hipisów – gandzię (notabene słowo to jest zapożyczeniem z języka hindi) proponują tu na każdym kroku. W Polsce Goa wydaje się być propozycją dla zamożnych – ceny pakietów wakacyjnych kosztują nierzadko drożej niż wakacje w Kenii lub na Bali.

Goa to swego rodzaju państwo w państwie. O tym, że każdy stan w Indiach ma swój charakter, nikt nie zamierza się tu spierać, odnoszę jednak wrażenie, że Goa stoi niejako z boku, albo i ponadto. Hindusi urodzeni i wychowani w Goa, których znam, często podkreślają swoje pochodzenie (przy przedstawianiu się - obok lub wręcz zamiast nazwy kraju - podają nazwę tego stanu; fenomen, który wnikliwi obserwatorzy zauważą jeszcze co najwyżej pośród niektórych Hindusów z Kerali).

Plaża w Baga, Goa

Goa szczyci się swoistą odrębnością jeśli chodzi o architekturę, historię, religię, tradycje, jak też mentalność mieszkańców. A to wszystko w sumie wpływa na jej niezwykłą popularność w Indiach i za granicą. W ciągu zaledwie dwu dni naszego pobytu zauważyliśmy swego rodzaju pozytywne nastawienie do świata, jak i ludzi. Sposób, w jaki zwracali się do nas kelnerzy w restauracji nie zgadzał się ze stereotypem, do którego można było przywyknąć w innych regionach tego kraju. Nawet sprzedawcy w sklepach byli jakoś bardziej cywilizowani w tej swojej nachalności. A życie nocne? – mnogość klubów z najróżniejszą muzyką oraz alkohole z całego świata do wyboru przywołują skojarzenia z Bali lub poniekąd nawet … Ibizą. Dodatkowych atrakcji dostarczyły nagłe braki prądu w różnych miejscach (trzy w trakcie dwudniowego pobytu), w tym podczas tradycyjnego masażu z wykorzystaniem gorącego olejka (kto by się nie bał?)

Czy polecam Goa? Pewnie, zwłaszcza na weekend! Następnym razem jednak z egzotycznych destynacji plażowych wybrałbym Bali lub Perhentiany. Może zdjęcia z Goa będą dla niektórych bardziej przekonujące?

Goa, Indie

sobota, 27 lutego 2010

Wybrałem się do Bombaju tuz po powrocie z Malezji. Doleciałem – zgodnie z ostatnią tendencją – bynajmniej niebezpośrednio. W czwartki wieczorem jak zwykle trudno o miejsce na tej trasie (mimo, że leciał Airbus 340). A więc jak? Najpierw z Doha do Ahmedabadu, a potem to już dane mi było spróbować jak smakuje przelot krajowy w Indiach. Do Bombaju doleciałem ostatecznie na pokładzie tanich linii SpiceJet – lot sam w sobie pozytywny (Boeing 737NG pilotowany przez Niemca…), ale wspomnienie o lotnisku w AMD wrzucam do szuflady pt. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Po takim doświadczeniu, terminal w Bombaju to już bezwzględna cywilizacja (do wszechobecnego smrodu, o którym w swoich skeczach wspominał Russell Peters, można się szybko przyzwyczaić!).

Do rzeczy! Eksploracja przedmieść Bombaju, w tym okolicy lotniska, okazała się niezbyt przyjemnym doświadczeniem organoleptycznym. Jak to w Indiach. Jednakże wjazd do centrum pozostawiło całkiem pozytywne wrażenia, przy czym biorąc pod uwagę wielkość i rozpiętość tego miasta (nawet niektórzy jego mieszkańcy nie wiedzą gdzie się kończy), centrum pozwoliłem sobie zdefiniować jako tę jego część, która pozostawia całkiem pozytywne wrażenia właśnie. W Excelu nazywa się to odwołaniem cyklicznym. I wszystko jasne.

Bombaj - hotel Taj Mahal i Brama Indii

Bulwar dokoła zatoki – niemal jak w Doha. Plaża – (prawie) jak w Miami. Kolonialna architektura i mnóstwo drzew wzdłuż ulic (lub wręcz alei) – zupełnie jak w Paryżu (tylko modele samochodów jakieś takie nie z tego świata). I ruch uliczny trudniej znieść (cóż za eufemizm! – w zasadzie miałem na myśli to, że trzeba się nieźle starać, aby uniknąć śmierci pod kołami samochodów, rikszy, motorowerów, itp.)

Zatłoczone ulice Bombaju po zmroku

Z Bombaju najbardziej zapamiętam przepiękną wyspę, na której znajdują się imponujące Elephanta caves – wyryte w skale hinduistyczne świątynie; przepyszne kebaby przyrządzane na ulicy; wizytę w hotelu Taj Mahal -  w trakcie renowacji po zamachach terrorystycznych z 2008 roku (wyobraźnia daje do myślenia!). A ponad wszystko imprezę w bodajże najdroższym klubie, w jakim mi było w całym dotychczasowym życiu być, przy czym nie wydałem ani grosza… Przyjemnie było zobaczyć jak bawi się wyższa półka klasy średniej w stolicy Bollywood. Teraz to wypadałoby zajrzeć na południe Indii. Tylko kiedy!?

Kebab w Bombaju - jeden z najlepszych na świecie!

Zapraszam na zdjęcia.

sobota, 15 grudnia 2007

Prawie wszystko w Indiach jest duze i wysokie.

Grobowiec kogos waznego w dzisiejszym parku - Delhi

 

Bezpanskie psy wyleguja wszedzie. Byle na sloncu.
Psy w Delhi
Sprzedawcy wszystkiego, co reka uniesie probuja sprzedac to Tobie i innym. Bezskutecznie.
Uliczny sprzedawca wszystkiego

Krowy bladza wsrod ulicznych straganow miasta stolecznego New Delhi.

Swieta krowa w New Delhi

 

Ruch uliczny przyprawia o zawrot glowy, a czasami nawet o zawal serca.

Ruch uliczny w DEL - pieszy nie ma zadnych szans

 

Riksze - do wyboru do koloru. Kroluja nad przymalymi taksowkami. W czasie jazdy mozna w nich troche zmarznac - zwlaszcza podczas grudniowej nocy.

Rzad rikszy przy dworcu kolejowym w New Delhi

 

O! Tu jestem! W NEW DELHI!!!!

 

Od czegos trzeba bylo zaczac - ja zaczalem od New Delhi. Prawdziwy obrazek Indii mozna zobaczyc na prowincji, ale to juz chyba innym razem.

sobota, 08 grudnia 2007

Ostatnio mało piszę, bo bez dostępu do komputera nie jest to łatwe. Komputer oddałem do naprawy - w Polsce, a to oznacza, że już niedługo będę musiał po niego do Polski pojechać. Inszalla stanie się to na święta.

Tymczasem pisze skąd popadnie. Teraz mam dostęp do netu dzięki uprzejmości BORowikow pracujących w ambasadzie polskiej w Delhi. New Delhi. I szanownego kolegi Tchórzesa.

Tak, czas spontanicznych podróży właśnie się zaczął. No własnie, jestem w Indiach. Tych prawdziwych, tylko na dwa dni, ale dobre i to. Pierwsze wnioski są takie, że jutrzejszy powrót do Kataru uznaję za powrót do ... cywilizacji. Do tej pory Katar wydawał mi sie takimi małymi Indiami, a od wczoraj miałem okazję przekonać się, że do Indii to mu jeszcze dużo brakuje.

Wniosek wysuwam tylko po krótkiej wizycie w mieście stołecznym, które jest podobno bardzo nowoczesne, a prawdziwego szoku turysta może dostać wyjeżdżając na prowincję. Przeżywanie takiego szoku odkładam na inny raz. Wszak weekend się kończy i trzeba by polecieć do pracy.

Fotki zapodam następnym razem (niestety nie wiem kiedy, znowu, ten brak komputra... przepraszam).



Doha by day

Doha by night