Wpisy z tagiem: Afryka
piątek, 30 marca 2012
Krótki epilog o Etiopii pełniący jednocześnie funkcję prologu (ale nie teasera). Uczestnicy wycieczki teraz się z tego wszystkiego śmieją, ale warto jednak przypomnieć, jakie emocje towarzyszyły początkowi naszej wyprawy. Ostatnio bowiem z Etiopii napływały nienajlepsze informacje jeśli chodzi o bezpieczeństwo turystów. Wiedzieliśmy jednak jakich regionów unikać, więc strachu niby nie było, ale - dopiero w drodze do Etiopii - wnikliwa lektura ostrzeżenia opublikowanego przez australijski MSZ (szef mi w trosce wydrukował!) spowodowała, że pół żartem, pół serio, w powietrzu zawisło pytanie: - Kurde, dokąd my lecimy?! Troskliwi urzędnicy z Antypodów prosili i błagali swoich obywateli, aby ze względów bezpieczeństwa przemyśleli dwa razy konieczność udawania się w ten rejon Afryki. Pod koniec tego przytłaczającego raportu pojawiła się sugestia, która po piętnastu stronach wnikliwej lektury mogła wywołać tylko szczery uśmiech: - Sprawdź, czy jesteś ubiezpieczony na wypadek porwania. Tja, wyskakiwanie ze spadochronem w razie, gdybyśmy się rozmyślili, nie było dobrym rozwiązaniem, bo właśnie przelatywaliśmy nad Jemenem. Zresztą, nie było to konieczne, czego dowodem jest niniejszy wpis i wiele innych pamiątek.
wtorek, 20 marca 2012
Inspirująca, fascynująca, a czasem bolesna jest podróż przez Etiopię. Kościoły wykute w skale, tętniące życiem bazary, dziewicze pustkowia. Obszar Rogu Afryki jest naprawdę wyjątkowy – tak przynajmniej zapowiada przewodnik Lonely Planet. Miała być to podróż, której się nigdy nie zapomni. Do Etiopii chyba żaden turysta nie udaje się w celu relaksacji i wypoczynku pod palmą. Ci, którzy tu przybywają, oczekują „poruszenia”, i poruszeni stąd wyjeżdżają. Tak, jak my. To było sześć dni przygody z historią. I to niebylejaką. Na terenie Etiopii znajdują się zabytki mające kilka tysięcy lat! Niewiele osób o tym wie, nic dziwnego zatem, że Etiopia zwana jest "najmniej odkrytym skarbem Afryki". Zwiedzanie Etiopii to podróż po historii chrześcijaństwa. Kraj ten (a konkretnie starożytne państwo Aksum) przyjął chrześcijaństwo już w IV wieku naszej ery. Od miasta Aksum właśnie rozpoczęliśmy wyprawę – znajdują się tam wysokie kamienne obeliski znaczące groby władców. Najważniejszy jest jednak Kościół Najświętszej Panny Syjonu – cel pielgrzymek etiopskich chrześcijan, gdyż tu właśnie, według legendy, znajduje się najświętsza relikwia Etiopii – oryginał Arki Przymierza. Następnego dnia, w Lalibeli podążaliśmy śladem Martyny Wojciechowskiej, która kilka lat temu nagrywała tam program „Misja Martyna”. Dowiedzieliśmy się o tym od naszego przewodnika, to znaczy - jej przewodnika! To znaczy - naszego i jej :) Przewodnik opowiedział nam historię ósmego cudu świata, czyli jedenastu kościołow wykutych w skale. Do dziś pamiętam zapach kadzideł i to uczucie, gdy z każdym krokiem, stawianym na podłożu skalnym polerowanym stopami od setek lat, ukazywały się nam kolejne fragmenty historii… W trakcie oglądania lokalnych chrześcijańskich obrzędów, które nie uległy zmianie przez prawie dwa tysiące lat, niemal całkowicie rozmywała się granica między przeszłością a teraźniejszością. Było magicznie, ale czasem też i zatrważająco, zwłaszcza, gdy niepostrzeżenie staliśmy się świadkami egzorcyzmów odprawianych na poniewieranej przez złego ducha nastolatce. Bynajmniej nie wyglądało to na przedstawienie przygotowane pod turystów zwiedzających akurat tamten kościół. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Kolejnym przystankiem było Gonder, a w nim pełen historii gród królewski, kościół Debre Birhan Syllasje oraz przepiękne łaźnie cesarza Fasilidasa. Z tego miasta najlepiej jednakże zapamiętałem przepyszne makiato w jednej z lokalnych kawiarni, do której zaprowadził nas wynajęty przewodnik (ten z kolei był swego czasu oficjalnie polecany przez Lonely Planet). I ten postny obiad, też z przewodnikiem, w jego podobno ulubionej knajpie. Szwedzki stół, a na nim pełno warzyw, dania z ryżu i oczywiście obowiązkowa w Etiopii indżera. W Bahar Dar do zwiedzania były klasztory zbudowane na wyspach na jeziorze Tana. Zobaczyliśmy również źródło Nilu Błękitnego – niestety nic szczególnego, zwłaszcza w porównaniu z tym w Ugandzie (a może ja się starzeję?). Ponadto widzieliśmy słynne wodospady na tymże Nilu – dziś, ze względu na funkcjonującą od niedawna zaporę, o ich dawnej potędze świadczą tylko zdjęcia lub filmiki odtwarzane turystom na telefonach komórkowych przewodników. Bezcenne! Ostatnia noc w Addis Abebie minęła pod znakiem imprezy oraz serfowania na kanapie u obcych ludzi, czyli couchsurfingu. Bezcennie, jak zwykle zresztą. Podróżowanie po kraju, który od wielu lat walczy z głodem, a tegoroczna susza wcale mu w tym nie pomaga, nie było łatwe dla psychiki. Większość mieszkańców poza stolicą prowadzi pasterski tryb życia, z naszego punktu widzenia – niesłychanie prymitywny. Chciałoby się rzec, że chłopi u Reymonta mieli większe luksusy. Nigdy podczas moich dotychczasowych wypraw nie widziałem tak poruszających obrazków, które zobaczyłem w trakcie tych kilku dni w Etiopii. Jednocześnie jednak to, czego doświadczyliśmy, było w pewnym sensie budujące. Dzięki wyprawie do Etiopii przypomniałem sobie, że człowiekowi tak naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Niech świadczą o tym gościnność i uśmiech mieszkańców, który pewnie zauważycie na niejednym zdjęciu z tej wyprawy. Zapraszam na picasa. P.S. Czy ktoś wie, że mimo trudności gospodarczych, Etiopia może się poszczycić jednymi z największych i najlepszych linii lotniczych na kontynencie? Ethiopian Airlines od kilku dobrych lat wyznaczają nowe standardy dla wielu przewoźników w Afryce i na świecie. Hm, może z wyjątkiem ręcznie wypisywanych kart pokładowych na rejsach krajowych, tzn. wpisywano na przykład skąd dokąd się leci, ale nazwisko pasażera czy numer lotu już uznawano za zbędne. Co tu nie mówić, przynajmniej wartość mojej kolekcji kart pokładowych znacząco się przy tym podniosła.
sobota, 11 lutego 2012
Miała być Rwanda. Potem w planach pojawiła się niby-zastępcza Tajlandia, która - bynajmniej bez udziału chochlików - wkrótce zamieniła się w Tanzanię.
piątek, 13 maja 2011
Drugi w moim życiu wyjazd na Czarny Ląd zdominowały … czarne myśli. W drodze do Południowej Afryki i już po wylądowaniu błąkały mi się z tyłu głowy wspomnienia o nieszczęsnej parze Brytyjczyków, których napadnięto i brutalnie zamordowano w jednej z biednych dzielnic Kapsztadu. Wydawałoby się, że w RPA, która była gospodarzem Mundialu, już takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć… A jednak. Czarne myśli towarzyszyły nam prawie wszędzie. W pewnym momencie zażartowałem nawet, że mogą się stać samospełniającą przepowiednią. I mimo, że wcale nie planowaliśmy się zapuszczać w jakieś niebezpieczne rejony, natychmiast zacząłem żałować wypowiedzenia tych słów. Przerażona mina współtowarzyszki podróży zdradzała wiele. Trudno się temu dziwić. Z lotniska udaliśmy się prosto do hotelu, po czym planowaliśmy wybrać się na krótkie zwiedzanie najbliższej okolicy i przy okazji zjedzenie jakiejś smacznej afrykańskiej kolacji. Plan ten okazał się trudniejszy do zrealizowania niż gdziekolwiek indziej, bo w międzyczasie zapadł zmrok. Wyglądaliśmy przez okno hotelu w centrum jednego z największych miast w Afryce nie wierząc własnym oczom – nawet ruch uliczny zamarł! Głód okazał się jednakże silniejszy i odważyliśmy się przejść 300 metrów do poleconej przez hotel restauracji. W połowie drogi pojawiły się wątpliwości, bo jedyną spotkaną osobą był czarnoskóry narkoman żebrzący o pieniądze, co przeważyło szalę paniki u koleżanki – o kontynuowaniu spaceru i rozważaniu za i przeciw na środku oświetlonej acz pustej ulicy nie było mowy i bardzo szybkim krokiem wróciliśmy na teren hotelu. Wszystkiemu towarzyszył bardzo silny, złowróżebny wiatr, wyginający palmy na pół! Nie wierzyłem już własnym słowom, gdy próbowałem przekonywać, że nic złego nie może się nam stać. Po chwili skonstatowaliśmy, że warto by jednak podjąć drugą próbę. Przeżyliśmy. Czego można się spodziewać następnego dnia jeśli początki bardziej przypominały scenariusz horroru niż wakacje? Kładliśmy się spać na środku jakiejś urbanistycznej pustyni (założę się, że słyszałem ziewnięcie lwa w krzakach, ot, moja wyobraźnia). Obudziliśmy się w środku żwawej metropolii, tuż pod bardzo ruchliwym rondem, przystankiem dla autobusów i taksówek, tłumem przechodniów i towarzyszącym temu nieprawdopodobnym gwarem (lew, nawet gdyby chciał ryknąć, nie miał w tym całym zgiełku szans). Ponownie nie wierzyliśmy własnym oczom. Z pewną rezerwą ruszyliśmy w miasto. Z początkowego strachu, który towarzyszył nam nawet gdy pytaliśmy obcych o drogę długo się potem śmialiśmy. Cała reszta mojego pierwszego pobytu w Kapsztadzie upłynęła wzorcowo. Nad czym się tu rozpisywać? – oczywiście, że chcę tam kiedyś wrócić! Tymczasem, zapraszam na wirtualną wycieczkę po Kapsztadzie na picasa.
piątek, 15 października 2010
Przede mną pierwszy od końca sierpnia weekend, który spędzę w Katarze. Dobrze to czy źle? Wiem jedno - nareszcie mam czas na nadrobienie zaległości. Po kolei – najpierw lądujemy na rajskim skrawku lądu pośród wód Oceanu Indyjskiego. Weekend na Seszelach planowałem od dawna, ale brakowało dobrego towarzystwa. Idealna okazja pojawiła się znienacka, więc – jak zwykle spontanicznie – postanowiłem z niej skorzystać. Seszele, mimo, że wrzucane są przez większość do jednego worka razem z Malediwami, są zupełnie inne. Krajobraz nie tak płaski (górzysty wręcz, z bujną tropikalną roślinnością), woda nie zawsze lazurowa, a piasek nie tak biały i miękki. I woda w morzu jakaś taka zimna! Wśród turystów przeważają oczywiście pary (w tym niezliczeni nowożeńcy z całego świata!), wybór atrakcji dla singli jest więc siłą rzeczy ograniczony. Jakieś tam imprezy w mieście stołecznym jednak się odbywają. Na przykład w klubie Tequila Boom w Victorii, gdzie akurat w dniu naszego przylotu odbywała się promocja wódki Sobieski o twarzy Bruce’a Willisa, o czym dowiedzieliśmy się z ulotki w sklepie monopolowym. Przylecieć na weekend do jednej z najmniejszych stolic świata położonej posród bezkresu oceanu, żeby napić się Sobieskiego za darmo? Bezcenne! You're probably wondering what Bruce willis would do in your situation. He would be drinking Sobieski Vodka for free with us at Tequila Boom! Wedle niektórych zawodowych obieżyświatów, Seszele, a zwłaszcza przepięknie położona plaża Beau Vallon, to ścisła piątka pośród destynacji wyspowo-plażowych na świecie. Jakiej definicji by się nie użyło, jedno jest pewne – można się poczuć jak w raju. Ja jednak wolę Bali lub Perhentiany. Obrazki pokażą więcej – zapraszam na weekend na Seszelach! *Qatar Airways lata na Seszele 4 razy w tygodniu ;-) |
Archiwum
Zakładki:
+ Księga gości
+ Tytułem wstępu...
Autoreklama - Qatar Airways
Blogi które czytuję
Ciekawe? Polecane?
O Katarze
Tagi
|