Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

Wpisy z tagiem: katar

czwartek, 12 kwietnia 2018

Po prawie jedenastu latach od rozpoczęcia tego bloga przychodzi czas na podsumowania. Regularnie starałem się tu uchwycić najważniejsze wydarzenia i przemyślenia. Z roku na rok zmieniała się moja perspektywa, jednak niezmiennie towarzyszyła mi pasja do statystyk. Najlepszym podsumowaniem będzie przywołanie … podsumowań sprzed lat. Summa summarum, jak statystycznie podsumować podsumowania?

Zauważyłem, że długość takich wpisów na przestrzeni lat miała interesujący trend. Pierwsze wpisy miały konkretną treść, 300-400 słów, trend rosnący z roku na rok, jednak potem przyszło nagłe załamanie, gdy z okazji trzeciej rocznicy przybycia na pustynię zdobyłem się na jedyne 11 słów podsumowania. Brakowało słów, początkową ekscytację zastępowała rutyna. W kolejnych latach znów tworzyłem konkretnie długie podsumowania (nawet dłuższe niż początkowo), po czym znowu przychodziło załamanie trendu z coraz krótszymi wpisami. Jednak w ostatnim, na zakończenie 2017 r., przeszedłem samego siebie (tego można było się spodziewać) – na podsumowanie ostatniego roku wykrzesałem prawie dwa razy więcej słów niż poprzedni rekord.

Oto podsumowania sprzed lat prezentujące całkiem wyrazisty cykl życia.



To już rok



 

Bezcennie w 2009

 

Mijają 3 lata 

 

5 lat w Katarze

 

7 lat w Azji

 

9 lat w Katarze

 

10 lat w Katarze

 

2017 przechodzi do historii





środa, 24 stycznia 2018

Od wielu lat standardem było dla mnie bicie własnych rekordów podróżniczych - z coraz mniejszym wysiłkiem, a ostatnio nawet bez zauważenia (wcześniej wręcz wydawały się nie do pobicia). Z upływem lat było tylko intensywniej. Praca w tygodniu, a potem wyjazd na drugi koniec świata – na weekend lub dłużej. Po powrocie (koniecznie w tej kolejności): praca, odsypianie (we własnym łóżku), znów praca, życie towarzyskie i znów odsypianie (tym razem już w samolocie – w drodze w świat).

Przez wiele lat byłem pochłonięty tą przyjemną rutyną. Miałem pełną swobodę wyboru miejsca, w którym chciałbym spędzić najbliższy weekend. Intensywnie korzystałem z tego luksusu, o którym większość może tylko pomarzyć. Jednocześnie definiowałem styl życia, o którym wcześniej nawet nie słyszałem. Sam dla siebie byłem wzorem do naśladowania, gotowym do pokonywania kolejnych wyzwań, inspirowałem do działania. Wyznaczałem sobie cele, podnosiłem poprzeczkę i z dumą jej dosięgałem. Była to dla mnie wartościowa lekcja: koordynacji (znów ta logistyka!), efektywności, cierpliwości, adaptacji (np. do niepewności), dążenia do wyznaczonego celu, itd. Jednak przede wszystkim była to lekcja o sobie.

Dobrze jest wiedzieć, kiedy ze sceny zejść…

Mam za sobą niejeden maraton podróżniczy – ostatni trwał aż pięć miesięcy, w których każdy weekend spędzałem bez wytchnienia gdzieś za granicą. Uczestniczenie w maratonie wiąże się z pokonywaniem własnych słabości, jest to bardziej wyścig z samym sobą, okazja do zajrzenia w głąb siebie. Jak przy innych intensywnych doświadczeniach, łatwiej wtedy usłyszeć intuicję. Jednak pokierowanie się nią wymaga niezmiernie dużo odwagi. W tych szczególnych okolicznościach największym wyzwaniem jest podjęcie decyzji o zwolnieniu albo wręcz zatrzymaniu się.

Myśli o życiowej zmianie kiełkowały w mojej głowie od pewnego czasu. Przełomowy okazał się wieczór, kiedy nie mogłem zasnąć. Przez prawie trzy godz. kręciłem się w łóżku i doznawałem olśnienia, jednego po drugim. Doświadczenie to było tak intensywne, że co jakiś czas musiałem zapalać światło, by robić notatki. Nawet aplikacja w telefonie, śledząca jakość snu, zarejestrowała te przełomowe momenty. Niespokojny umysł najwyraźniej przetwarzał wszystkie przemyślenia z ostatniego czasu. Zebranie ich w jednym momencie pozwoliło zobaczyć szerszą perspektywę. Podobnie jak przy układaniu puzzli, które staje się dość prostym zadaniem: mając przed sobą wszystkie elementy możemy podpierać się wzorem obrazka na pudełku.

Wyjazd z Kataru (tzw. QRexit) i rozpoczęcie nowego rozdziału życia był dla mnie właśnie taką układanką. Po pamiętnym „wieczorze olśnień”, gdy w końcu zobaczyłem mój kolejny cel w szerszej perspektywie, byłem gotowy do działania. Resztą po prostu zajął się logistyk drzemiący we mnie.

Czy ta decyzja mogła być aż taką błahostką? Przecież jest tyle zakątków świata, do których jeszcze nie dotarłem… Po pierwsze, wyjazd z Kataru nie musi oznaczać zaprzestania podróży. Po drugie, moim celem nigdy nie było zwiedzenie wszystkiego. Raczej nieprzypadkowo na mojej liście priorytetów na ostatnie wyjazdy nie znalazł się żaden nowy kierunek - były to raczej powroty do moich ulubionych miejsc! Pomogło mi to utwierdzić się w przekonaniu, że pozostając w dotychczasowym, spontanicznym i intensywnym trybie podróży niczego nowego nie odkryję.

Gdy opowiadałem przyjaciołom i kolegom z pracy o moich zamiarach, reagowali z niedowierzaniem. Przecież wheyman w Katarze był obok konieczności płacenia podatków jedną z niewielu rzeczy na tym świecie, której można było być pewnym. W oczach wielu byłem po prostu dinozaurem. Nie dziwi zatem, że wraz z moim wyjazdem ogłoszono koniec pewnej epoki, że to będzie koniec legendy... Tymczasem dla mnie to raczej koniec rozdziału, w którym stałem się legendą, przede wszystkim dla samego siebie.

Ostatnio nawet osoby skłonne do wyolbrzymiania przestały za mną nadążać: znana z tego Weronika C. usiłowała przedstawić mnie jako eksperta od Omanu tłumacząc, że byłem tam „z dziesięć razy”. W obliczu tego przekłamania byłem zmuszony ją poprawić – przecież mam na koncie 22 wyjazdy do Omanu! Taki błąd … Niech Bóg ma ją w opiece!


Po pięciu latach w Katarze czułem się niesamowicie spełniony, lecz i spragniony więcej. Po wyliczeniu wspaniałych wspomnień pytałem sam siebie: co bym dał, żeby to powtórzyć? Co się zmieniło? Dziś, po kolejnym pięcioleciu już nie tęsknię do tych doświadczeń sprzed lat i nie mam zamiaru niczego powtarzać.

Wygodne życie w Katarze wypełnione swobodnymi podróżami w najdalsze zakątki świata było rutyną, którą miło wspominam. Dobrze jest wiedzieć, kiedy ze sceny zejść... Podobno biegacz, zwłaszcza dalekodystansowy, nie czuje zmęczenia, aż się zatrzyma. Tak było i w moim przypadku. Był też i syndrom odstawienia. Jednak te odczucia szybko zastąpiło spełnienie. Nawet ostatnia lista kierunków, które „musiałem” zaliczyć przed rezygnacją, została wykonana w ponad 100 proc (zamiast raz w Seulu i Adelajdzie wylądowałem po dwa razy, a w Sydney aż pięć!).

Ostatnie dziesięć lat było wypełnione spełnianiem marzeń, o których wyjeżdżając do Kataru nawet nie śniłem. Pełne spełnienie.

Życie traktuję jako podróż, a podróże z kolei widzę jako proces. Zmienia się świat, zmieniamy się my, byle na lepsze! Wraz z tą życiową zmianą będę miał okazję spełniać się w innych aspektach. W inny sposób. W innym klimacie i kulturze. Z innymi celami na horyzoncie. I – zgodnie z życzeniami od przyjaciół z pustynnego kraju - zakocham się w magii nowych początków.

Wielu wyleczyło się z Kataru i wyjechało w rozczarowaniu po roku lub dwóch latach. Ja postanowiłem mojego Kataru nie leczyć, dzięki czemu trwał aż 10 lat i cztery miesiące. Najwspanialsze lata mojego życia, do tej pory.

Ma’assalama Katar!

P.S. To wcale nie jest moje ostatnie słowo na tym blogu. Już wkrótce statystyki podsumowujące 10 lat moich podróży (bez tego przecież się nie obędzie!) oraz ekstra: najważniejsze porady na udane podróże w trybie standby – dla nowicjuszy i nie tylko.





środa, 09 sierpnia 2017

Ostatnio podróżuję bardzo intensywnie. Od kilku miesięcy (od wiosny? już nawet przestałem dokładnie liczyć) nie spędziłem ani jednego weekendu w Doha. Ma to znaczący wpływ na sposób zarządzania czasem. Doskwiera brak regularnego snu w dni wolne, na co znalazłem ostatnio sposób (przede wszystkim regularny sen w dni pracujące).

Podróżując traci się czas nie tylko będąc w ruchu, w biegu, w powietrzu czy w autobusach z/na lotnisko. Stratą może być także czas spędzany na wszelkie oczekiwanie - na autobus/taxi/Uber, na kartę pokładową (ach, ten standby...), czy na kolejny rejs w tranzycie. Summa summarum, przy okazji każdej, cotygodniowej wycieczki można tracić olbrzymią ilość czasu, którego i tak zwykle w życiu brakuje. Jak mimo wszystko te straty zminimalizować? Czytanie książek, magazynów, nadrabianie zaległości poczty elektronicznej to moje wypróbowane sposoby (współczesne gadżety i powszechny dostęp do internetu bardzo to ostatnio ułatwiają). Przymierzam się do zakupu Kindle'a ...



Charakterystyczny miś na lotnisku HIA w Doha

O regularnym uprawianiu sportu też można zapomnieć. Ale niezupełnie - tu pomaga kreatywność. Ostatnio ze znajomymi zaczęliśmy praktykować spacery po lotniczych terminalach. Lotnisko w Doha nadaje się do tego celu idealnie.

Zwykle zjawiam się na lotnisku na nieco ponad godzinę przed odlotem, co po odjęciu formalności, które zajmują kilka minut, daje około pół godz. na solidny spacerek przed zajęciem miejsca w szklanej puszce. Można przejść w tym czasie cały terminal C, D i E w Doha. Są to w sumie tysiące kroków, które skrupulatnie zlicza i dokumentuje mój telefon. W sam raz na odprężenie na koniec pracowitego tygodnia i przejście w tryb weekendowy. Co z tego, że odbywa się to na lotnisku? Ważne, że jest klimatyzacja, duża przestrzeń i względna cisza (nowe lotnisko „HIA” w Doha z ciszy właśnie słynie).

Ostatnio, tuż przed wylotem z Singapuru, również pokusiłem się o spacer - wzdłuż i wszerz Terminalu 3. Udało się złapać sygnał z satelity, dzięki czemu spacer został nagrany przez aplikację Endomondo. Wyszło tego prawie 5 km!

Okazuje się, że lotniska, zwłaszcza te duże, to idealne miejsce na polepszenie statystyki kroków. Przewrotnie, to dzięki częstym podróżom lotniczym spacery w tym gorącym klimacie są w ogóle możliwe.



 Spacer po Terminalu 3 - lotnisku Changi w Singapurze nagrany przez Endomondo

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Następny wpis miał być o tym, jak życie w Doha nas rozpieszcza, a tu nagle człowiek budzi się rano w zupełnie nowej rzeczywistości.

Kryzys w Zatoce Perskiej!

Media na całym świecie od rana informują, że najbliżsi sąsiedzi Kataru (w tym Arabia Saudyjska) zerwali stosunki dyplomatyczne z tym krajem. W ciągu kilku godzin wiadomość ta urosła do rangi najważniejszej na wielu globalnych portalach informacyjnych. Większość z nas jest zupełnie zaskoczona takim rozwojem sytuacji mimo, że wstępne sygnały o narastającym napięciu zaczęły pojawiać się już kilka tygodni temu.

Jak wygląda życie w Katarze w obliczu takich wieści? Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło: słońce wciąż świeci (w środku dnia temperatura dochodziła do 40° w cieniu), muzułmanie poszczą jak pościli (mamy ramadan), ruch na ulicach jak co dzień.

Z kolei w mediach społecznościowych - panika, spekulacje, domysły. Już z rana, gdy wiadomość o konflikcie dyplomatycznym się rozniosła, pojawiły się kolejki do bankomatów – wielu mieszkańców Kataru (ekspatów) uznało, że w tej sytuacji trzymanie ciężko zarobionych pieniędzy w lokalnych bankach może być ryzykowne.

Również pod centrami handlowymi wzmożony ruch, aż trudno zaparkować. Z relacji świadków (w mediach społecznościowych, a jakże!) wynika, że ludność rzuciła się do sklepów w celu robienia zapasów żywności. Niedługo trzeba było czekać, aby w zamrażarkach zabrakło np. mrożonego mięsa. Katar większość żywności importuje, w tym zwłaszcza z Arabii Saudyjskiej, trudno się więc dziwić takiej reakcji ludzi na wieść o zamknięciu granic z tym największym sąsiadem. Ci którzy mieszkają tutaj trochę dłużej pamiętają ostatni kryzys żywnościowy, który był również wywołany patem dyplomatycznym z Arabia Saudyjską. Brakowało wtedy na półkach m.in. kurczaków (saudyjskich, a jakże!), które, jeśli dobrze pamiętam, zostały zastąpione brazylijskimi.

Dziś, zamiast pisać o luksusach życia w Katarze, mam doskonały przykład zastosowania w praktyce piramidy potrzeb Maslowa. W sytuacjach kryzysowych człowiek myśli o najpilniejszych potrzebach, w tym o jedzeniu. Szkoda, że tylko wtedy – jeszcze wczoraj wieczorem widziałem na własne oczy jak po iftarze, czyli pierwszym posiłku po zachodzie słońca, lokalna restauracja wyrzucała ogromne ilości pozostawionego na talerzach jedzenia. Sam też się do tego przyczyniłem ... W krajach arabskich marnotrawstwo żywności jest boleśnie widoczne na każdym kroku. Jak to się zmieni pod wpływem obecnego kryzysu? I jak trwała będzie taka ewentualna zmiana?

Na zdj.: panorama Doha - czyżby burza piaskowa sprzed kilku dni była zapowiedzią większej burzy?

niedziela, 29 maja 2016

Kolejna polska marka zdecydowała się podbijać arabski świat. Tym razem w kategorii kosmetyków – do obecnego od wielu lat Inglota dołączyła właśnie Dr Irena Eris. Stoisko ze znajomo brzmiącą nazwą w jednym z centrów handlowych w Doha (Gulf Mall) zauważyłem w zeszłym tygodniu. Rozdawane przez hostessy ulotki zapraszają na Beauty Care Day. O szczegóły nie dopytywałem, bo mnie nie interesowały, ale może blogerki-sąsiadki podchwycą temat?

Co ciekawe, moja pierwsza reakcja po zauważeniu znajomo wyglądającego logo była podobna do niejako schizofrenicznej reakcji na Reserved kilka miesięcy temu.

Nie ukrywam, że inicjatywa cieszy oko, choć uważam, że ulotki mogliby poprawić pod względem wyglądu i błyskotliwości tłumaczenia.

Tak czy inaczej - mabruk, Dr Irena! Jalla!!





 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            


Doha by day

Doha by night