Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

Wpisy z tagiem: oman

piątek, 25 sierpnia 2017

Półwysep Musandam oraz leżące na nim miasteczko Khasab to miejsce z legendy. Choć to prawdziwa perełka na turystycznej oraz geopolitycznej mapie świata niewiele osób o nich słyszało. Trudny, górzysty teren, pełen przepaści i wąwozów, sprawia, że okolica ta jest trudno dostępna, zwłaszcza dla przybyszów z oddali.

Skaliste brzegi półwyspu oblewane są wodą z Zatoki Perskiej po jednej stronie i Zatoki Omańskiej - po drugiej. Pomiędzy nimi znajduje się strategiczna dla całego świata Cieśnina Hormuz. Tą drogą, de facto dookoła płw. Musandam, każdego tygodnia przepływają setki tankowców zaopatrujących niemalże cały świat w ropę naftową i gaz z Bliskiego Wschodu. Wszystko to dodaje mu niezwykłej magii, nie powinno zatem dziwić, że przy moim logistyczno-transportowym „zboczeniu” doświadczenie tego miejsca na własne oczy znalazło się na mojej liście podróżniczych wyzwań.



Już od tysiącleci ten wąski przesmyk oraz okalający go ląd odgrywały ważną rolę w światowej żegludze i handlu. Niezwykłe góry, które się nad nim wznoszą, były świadkiem historii - to tu krzyżują się handlowe szlaki morskie pomiędzy Bliskim i Dalekim Wschodem oraz Afryką. Tędy właśnie przepływała flota Aleksandra Wielkiego w drodze na podbój Arabii. Zdając sobie sprawę ze strategicznej roli tego miejsca Portugalczycy postawili na pocz. XVII w. fortecę. Dziś półwysep Musandam jest w rękach Omanu i jest tak naprawdę jego enklawą, otoczoną całkowicie przez ZEA (granice lądowe) i wodę (cieśnina Hormuz).

Tę niezapomnianą wycieczkę zaczęliśmy od wylądowania w Szardży, emiracie graniczącym z Dubajem. Z lotniska wynajętym samochodem udaliśmy się na wschód, w stronę granicy z Omanem. Nie sposób było się zgubić, bo nawet znaki, zupełnie bez ogródek, wskazywały kierunek: "Oman - prosto".

Już przekraczanie granicy lądowej było ekscytujące - towarzyszący mi globtroterzy ledwo byli sobie w stanie przypomnieć, kiedy ostatnio to robili (niech żyje Schengen!). Sam proces przekraczania granicy w takim miejscu zasługuje na oddzielny wpis, wspomnę więc tylko, że była to fantastyczna okazja na zdobycie punktów (dodatnich lub ujemnych) w naszej grze na ... wyprzedzenie lokalnej logiki.



Z ZEA do miasteczka Khasab prowadzi malownicza droga wybudowana wzdłuż linii brzegowej na półce skalnej – pod wysokimi klifami. Jadąc takim bulwarem, zakręt za zakrętem, odkrywa się piękno tej mało znanej części Półwyspu Arabskiego.

Gdy w końcu dojechaliśmy do portu w Khasab zrozumieliśmy, dlaczego został on wybrany jako jeden z 7 najpiękniejszych na świecie (wg The Telegraph). Zbudowany jest wewnątrz fiordów, których są w okolicy dziesiątki. Wszystkie są przepiękne, choć wydają się mało gościnne, głównie zamieszkane jedynie przez rybaków oraz pasterzy.

Podobnie jak w całym Omanie, życie w Khasabie jest proste, co częściowo wynika z uwarunkowań geograficznych. Nie umniejsza to jednak jego roli, współcześnie i w przeszłości. Gdy na pokładzie tradycyjnej, drewnianej łódki opływaliśmy fiord za fiordem, z każdej strony odczuwałem powiew historii. Tu – portugalska forteca. Tam - wyspa ze stacją telegraficzną (założoną przez Brytyjczyków). Gdy ze szczytu klifu obserwowałem malowniczą zatoczkę ukrytą pośród wysokich skał, wyobrażałem sobie jak idealnym schronieniem okazywała się dla żeglarzy przy niesprzyjającej pogodzie.

A dziś? Mimo naturalnego piękna Musandam pozostaje skarbem, o którym wiedzą tylko nieliczni. To prawdziwa idylla dla turystów oraz dla … irańskich przemytników, o których bez kozery wspomina wikitravel (jest więc i powiew nowoczesności). Niech tak pozostanie.

Więcej zdjęć pod tym linkiem.

niedziela, 30 lipca 2017

W jednej z dzielnic Maskatu (Oman) jest knajpa, w której gościłem przy okazji każdej wizyty w tym mieście. W ciągu ostatnich dziesięciu lat doliczyłem się ich aż siedemnaście dziewiętnaście, choć odbywały się z różną częstotliwością. Mam na myśli legendarną dla wielu Kargeen Cafe - restauracjo-kawiarnię, a w zasadzie cały kompleks knajpiany. Idealne miejsce na kolację i relaks przy sziszy, sprawdzało się dla mnie zwłaszcza w drodze na lotnisko. Miejsce to polecam niezmiennie od lat wszystkim wybierającym się do Maskatu. Ci, którzy z mojej rekomendacji skorzystali, po powrocie są mi za nią nadwyraz wdzięczni.

W Kargeen Cafe pracuje co najmniej dwóch kelnerów, których kojarzę już od wielu lat. Przy ostatniej wizycie jeden z nich, przechodząc koło stolika, rozpoznał moją twarz, co potwierdził sympatycznym skinięciem głowy. Poruszyło mnie to. Jeśli kelner rozpoznaje mnie w restauracji w kraju, w którym nigdy nie mieszkałem, to jest to co najmniej symboliczne.



Fot. Jaem Prueangwet

Uświadomiłem sobie, że podobnych punktów mam na świecie kilka. Ulubiony optyk w Kuala Lumpur (nie ma sobie równych) plus restauracja Tg’s Nasi Kandar (tamże). Jeden z barów w dzielnicy Itaewon w Seulu. Albo wypożyczalnia rowerów w Melbourne. We wszystkich tych miejscach jestem rozpoznawany przez pracowników z daleka. Należy tu również wspomnieć o niezwykle pomocnych i serdecznych pracownikach naziemnych Qatar Airways w Warszawie.

Częste podróże nauczyły mnie czuć się dobrze w każdym miejscu na świecie. Mimo „kosmopolitycznego” życia miło jest mieć takie miejsca, które można nazwać swoimi, do których z przyjemnością się wraca. Daje to poczucie przynależności, czyli jedną z podstawowych potrzeb człowieka.

Aż miło się robi na duszy. Bardzo miło ...

Fot. Jaem Prueangwet

wtorek, 06 stycznia 2015

 Fot. A. Fritz-Nowojorska

Lądowanie o czwartej nad ranem, gdziekolwiek na świecie, nie musi należeć do przyjemności. W Salalah, na południowo-zachodnim krańcu Omanu, jest na to sposób.

Jak takie doświadczenie przekuć w coś pozytywnego? Wynająć samochód i prosto z lotniska udać się w okolice Taqah. Następnie w absolutnej ciszy i samotności poczekać na słońce, które wkrótce wzejdzie ponad majestatycznymi klifami. Drzemka w samochodzie nie zaszkodzi, a gdy wreszcie zbudzi nas głód żołądka, można rozkoszować się przywiezionym z domu śniadaniem.

Błogą drzemkę można następnie kontynuować nad basenem w jednym z okolicznych hoteli, nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Gdy udamy się na spacer po okolicznej plaży, zastanie nas zagadka do rozwikłania – dziesiątki, jeśli nie setki, piaskowych kopców, jeden obok drugiego, wzdłuż linii wody. Zaspane oczy zwątpią na ten niezwykły widok - czy to jawa, czy sen? Człowiekowi lata lecą, ale pewnych rzeczy z biologii zwierząt jak nie rozumiał, tak nadal nie rozumie.

Gdy wreszcie zajdzie słońce, grzechem byłoby nie usiąść na tak pięknej plaży i nie skosztować porządnie schłodzonego prosecco.

 

Fot. A. Fritz-Nowojorska

Na wschód od Mirbat prowadzi niezwykle malownicza droga – poprzez góry do Hadbin (albo Hadbeen) i dalej, wzdłuż błękitnych wód wybrzeża, do miejscowości Hasik. Wedle opinii w internecie, droga ta należy do najbardziej malowniczych na świecie - dwie godziny czystej przyjemności. Widoki istotnie zapierają dech w piersiach, ale doznania najbardziej potęguje fakt, że wokół praktycznie nie ma turystów. Są za to wielbłądy - na plażach i na drodze – podobnie jak turyści, przemierzają ten nadbrzeżny szlak asfaltową drogą, bo na jej skrajach są albo przepaście, albo strome klify, albo plaże. Takie leniwe, nierzadko niezdecydowane grupy wielbłądów nie ułatwiają życia kierowcom – trzeba między nimi delikatnie manewrować slalomem. W międzyczasie przystają, by zajadać się zielonymi i coraz częściej wypłowiałymi już na jesień liśćmi nielicznych drzewek i krzewów.

Droga do Hasik to prawdziwy skarb na turystycznej mapie świata. Tuż za Hasik znajdują się słynne wodospady Natif – w porze monsunu wody na skraju tego klifu nie ma prawa brakować.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

W drodze powrotnej obiadek na trawce, która rośnie dzięki temu, że kilka tygodni wcześniej płynęła w tym miejscu rzeka (wadi). Jak to możliwe? – tu kłania się geografia … i biologia, bo w okolicy znowu te kopce na plażach, tym razem już w setkach, albo i tysiącach.

Następny w programie jest „punkt antygrawitacji”. Droga wydaje się lekko wznosić. Zatrzymujemy samochód, wrzucamy na luz i – po chwili- samochód sam zaczyna toczyć się … pod górę! Trudno w to uwierzyć, więc powtarzam próbę. Tym razem z utrudnieniem - ruszam powoli do tyłu, na wstecznym biegu, aby po chwili wrzucić z powrotem na luz.

Samochód wyhamowuje, staje, by po chwili ruszyć do przodu!

Ćwiczenie powtarzamy wielokrotnie, również po ustawieniu samochodu w przeciwnym kierunku. Jaka magiczna siła ciągnie go pod górę? Albo to cud, albo iluzja optyczna! Jakakolwiek byłaby prawda, można się przy tym nieźle bawić! Punkt ten nie jest łatwo znaleźć, zainteresowanym polecam użycie następujących współrzędnych w nawigacji: 17°2'12"N 54°36'46"E.

I wreszcie kulminacja – Salalah słynie z intensywnej zieleni. A wszystko za sprawą monsunu znad Oceanu Indyjskiego, który raz w roku nawiedza ten region. Krajobraz zmienia się wtedy zadziwiająco – kwitnie bujna roślinność, do życia powracają suche przez większą część roku wodospady, a koryta wadi wypełniają się wodą.

Droga do Wadi Darbat prowadzi przez skaliste góry, których zbocza, w miarę zbliżania, przekształcają się w oniemielającą, bujną zieleń. Po drodze mija się stada wielbłądów, beztrosko obcujących z wszechobecną zielenią. Innych zwierząt też nie brakuje, w tym podobno wyjątkowo dokuczliwych komarów, dla których ten unikalny mikroklimat jest rajem. Na szczęście pod koniec sezonu monsunowego bliskie spotkania z tymi insektami są rzadkością.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

W drodze powrotnej do Salalah znowu zwierzęcy slalom - tym razem między krowami. Lenie, i to śmierdzące! – można trąbić im nad uchem, a i tak nie zauważą problemu zmniejszonej (do zera) przepustowości drogi. Nie mówiąc już o podjęciu współpracy w celu jego rozwiązania. Obfita trawa tłumaczy powszechność hodowli krów w tej okolicy.

Na deser – bajeczna plaża w Mughsayl. Oddalona od Salalah ok. 40 km, jest jednym z ulubionych miejsc na piknik wśród miejscowych. Nawiasem mówiąc, ogólnodostępna infrastruktura piknikowo-wypoczynkowa w Omanie jest imponująca, zwłaszcza w porównaniu z Katarem.

Plaża w Mughsayl to kilka kilometrów białego piasku, a na obu skrajach wyrastają tu klify. Dzień w dzień, noc w noc, walczą tu ze sobą żywioły – uderzające o klif fale nie poddają się tak łatwo przeszkodzie i przez szpary w skałach znajdują ujście swej energii na szczycie klifu. Nie obywa się bez złowrogiego syczenia. Śmiałkowie tacy, jak ja, rzucili wyzwanie temu wydmuchiwanemu siłą oceanu prysznicowi i wiedzą, że ice bucket challenge się przy nim nie umywa.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

To dopiero nazywa się bliskie spotkanie z naturą!

I jak tu wciąż nie wracać do Omanu?

Więcej zdjęć na picasa.

P.S. Przepięknie o regionie Dhofar i okolicach Salalah opowiada niedawny dokument BBC (dostępny obecnie na pokładzie Qatar Airways)

piątek, 06 czerwca 2014

Europy wiemy jaki powab,

człowiek jeśli chce coś więcej to jest Nomad.

Bo tak mu się podoba własna dusza,

ale także lecz z umiarem własna soma.

Trzeba uciec, albo to wybadać,

aby można opowiadać, sens ukazać.

Lepiej tego wcale nie odkładać,

raczej biegu pomysłowi temu nadać.

Bo na plażach Zanzibaru, kiedy nadmiar wód,

taki nadmiar wód obszaru dla chwil paru.

Gdzie powietrza woń nektaru, a nie baru,

ach, na plażach, być na plażach Zanzibaru.

Grzegorz Turnau - Na plażach Zanzibaru

 

Kto nas zna, temu nie trzeba tłumaczyć, że inspiracją do odwiedzenia Zanzibaru była piosenka Grzegorza Turnaua.

Korzenie tego pomysłu były mocno wrośnięte w nasze głowy, skrupulatnie podlewane przy każdej okazji, lecz katarska rzeczywistość, a zwłaszcza nasze silne, pustynne słońce, wnet wysuszały kiełki pomysłu, jak tylko zdołały wybić się z ziemi.

Wreszcie, na wiosnę, jak zwykle spontanicznie i niejako rzutem na taśmę, udało się zgrać ekipę i doprowadzić tę ideę do realizacji.

 

Zanzibar jest często określany jako „wyspa przypraw”. Wraz z sąsiadującą z nim wyspą Pemba był tradycyjnie głównym eksporterem goździków na świecie (a także cynamonu, gałki muszkatołowej i pieprzu). Przez długi czas pełnił rolę bazy handlowej w kontaktach z wybrzeżem afrykańskim. To właśnie handel przyprawami i niewolnikami zdeterminował jego bogatą przeszłość kolonialną – dzisiejszy Zanzibar to mieszanka wpływów arabskich, perskich, indyjskich, portugalskich, brytyjskich i Afryki kontynentalnej. Niezwykle barwną historię wyspy widać również obserwując jej mieszkańców - niesamowitą mieszankę grup etnicznych.

Przez kilka wieków był Zanzibar częścią Sułtanatu Omanu, czego dowody są bodaj najbardziej dziś widoczne w charakterystycznej, przepięknej architekturze. Spacerując po uliczkach Stone Town – zabytkowego miasta i kulturalnego serca wyspy -  czułem się poniekąd jak w moim ulubionym Maskacie.

Wedle przewodników turystycznych, niewiele się tutaj zmieniło przez ostatnie 200 lat. Nawet bym się z tym zgodził, gdyby nie dymiące spalinami samochody. Wijące się magiczne alejki, tętniące życiem bazarki, meczety nawołujące do modlitwy i mnóstwo wyniosłych rezydencji, w których dziś nierzadko znajdują się ekskluzywne hotele. Podobno ich pierwsi właściciele rywalizowali ze sobą w uzyskaniu najbardziej ekstrawaganckiego wyglądu. Mówi się, że jest to jedyne miasto z tak bogatą historią w całej Afryce.

To właśnie architektura najbardziej mnie w Stone Town zachwyciła. Tym bardziej cieszy, że miasto to znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Miejsca oznaczone kolonialną historią od dawna mnie fascynują - Melaka, Penang należą do moich ulubionych, z pewnością dlatego, że przypominają mi o moich europejskich korzeniach. Z kolei w kolonialnej przeszłości Zanzibaru najbardziej widoczne są wpływy omańskie, co przyjmuję z entuzjazmem. Oto moje uwielbienie Omanu zyskuje nową perspektywę…

Zanzibar słynie również z uroczych plaż ze śnieżnobiałym piaskiem oraz unikalnej nawet w tej części świata flory i fauny. O bliskich spotkaniach z powyższymi już wkrótce.

wtorek, 30 marca 2010

Sięgam myślami do weekendu trzy tygodnie temu. Wspomnienia te okazują się niełatwe - jak przez mgłę, bo z perspektywy tysięcy mil, które od tego czasu pokonałem w drodze do wielu innych miejsc. Kiedy ja znajdę czas, żeby to wszystko tu opisać? Przecież najbliższe tygodnie zapowiadają się równie intensywnie!

Mój jubileuszowy (bo piąty już!) pobyt w Omanie upłynął pod znakiem trekkingu po górach, których w tym kraju nie brakuje. Planowałem to od dawna, a realizacja pomysłu okazała się jak zwykle bardzo spontaniczna (czy rozważanie takiej wycieczki ledwo na 24 godziny przed wylotem bez jakiegokolwiek przygotowania to dużo?)

Gwoździem programu był tym razem Jebel Akhdar – słynny z bogatej roślinności oraz położonych malowniczo wysoko w górach wiosek. Trochę wstyd, bo na poziom ponad 2000 m n.p.m. wdrapaliśmy się w niecałe 10 minut z naszym przewodnikiem … na pokładzie wysokolitrażowego land cruzera - ze względów czasowo-logistycznych nie mogliśmy rozpocząć ani zakończyć trekkingu u podnóża.

Droga na Jebel Akhdar w Omanie

Jebel Akhdar w Omanie

Drugiego dnia przeprawa częścią łańcucha górskiego otaczającego Maskat. Niezapomniane widoki i cisza pomimo bliskości olbrzymiego miasta.

Mutrah - Muscat, Oman

Szlak trekkingowy otaczający Maskat

Zachód słońca przy aromacie najlepszej na świecie (ja nie żartuję!) sziszy o smaku pomarańczowo-pomarańczowym.

Najlepsza na świecie - szisza pomarańczowo-pomarańczowa w Omanie

Ot weekend, jeden z wielu!

Więcej zdjęć na picasie.

 
1 , 2
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      


Doha by day

Doha by night