Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

Wpisy z tagiem: Malezja

sobota, 15 listopada 2014

Czy można odrzucić zaproszenie ślubne na Bali? Pewnie i można, ale nie warto, i to bez względu na koszt. Z tego właśnie założenia wyszedłem, gdy ku uciesze całej rodziny pana młodego potwierdzałem swój udział w tym wyjątkowym wydarzeniu. Czy ma znaczenie, że ani pana młodego, ani jego wybranki, w ogóle nie znałem?

Nie byłoby za bardzo o czym pisać, gdyby nie tło wydarzeń. Jak na filmach, tłem ceremonii zaślubin były: bezchmurny horyzont, zachodzące słońce i szum morza; ksiądz stojący tyłem do morza, młoda para przodem do księdza, za nimi elegancko ubrani goście - z wielu zakątków świata oraz przypatrujący się wszystkiemu ciekawscy goście hotelowi – leżący nad basenem w strojach kąpielowych. Tematem przewodnim była purpura, która okazała się całkiem fotogeniczna w tej scenerii.

Rozpisuję się tu o szczegółach scenografii, choć zupełnie nie o takie tło chodziło.

Najbardziej fascynujące było dla mnie to, jak się tam znalazłem i z kim miałem do czynienia.

Fot. Jaem Prueangwet

Po kolei. Rzecz działa się na Bali w Indonezji. Zaproszony zostałem jako przyjaciel rodziny przez brata pana młodego. A konkretniej – Hindusa z Malezji.

Zagadka nr 1: Jakim językiem porozumiewa się ze sobą rodzina pana młodego, na co dzień i od święta?

Odpowiedź do zagadki nr 1: Chińskim mandaryńskim.

Zagadka nr 2: Dlaczego „moja” rodzina Hindusów z Malezji nie porozumiewa się po tamilsku, czyli języku powszechnie używanym przez tę mniejszość?

Odpowiedź (banalna!): Ponieważ młode pokolenie w tej rodzinie tego języka akurat nie zna. Biegle posługuje się jedynie malajskim i angielskim. I chińskim, oczywiście! Ot, taka rodzinka. Wszelkie zarzuty o to, że idą na językową łatwiznę byłyby zatem niestosowne i ostrzegam, że będę takież odpierał własną piersią!

Wśród gości były różne nacje i grupy etniczne, w tym dwie sędziwe chińskie babcie. Wkrótce okazało się, że to one są kluczem do zagadki - jedna z nich jest babcią „z krwi i kości”, a druga - przyjacielem rodziny. Takich etnicznych kombinacji jest w tej części świata sporo, ale dopiero doświadczenie ich z pierwszej ręki uświadamia siłę takich rodzinnych więzów i co może z nich wynikać.

Zagadka nr 3: W jakim jeżyku odbywała się ceremonia zaślubin? Odpowiedź (oczywista dla osób obeznanych z azjatyckimi realiami): w rozumianym przez większość języku angielskim.

Fot. Jaem Prueangwet

Podsumowując - zachwycony jestem ich gościnnością – traktowany byłem jak członek rodziny. Nawet pan młody - mimo, że nie mieliśmy okazji się wcześniej poznać – osobiście troszczył się o dopięcie szczegółów mojej wizyty do ostatniej chwili.

Cieszy mnie i duma rozpiera, że miałem sposobność poznania tak interesującej rodziny. To też kolejny dowód na to, że wspaniale odnajduję się wśród Azjatów.

Fot. Jaem Prueangwet

niedziela, 18 maja 2014

Siódmą rocznicę mojej pustynnej emigracji świętowałem właśnie w Singapurze. Myślałem, że wybór był przypadkowy, ale teraz, gdy o tym piszę, uświadamiam sobie, że ten region świata stał się po prostu bliski mojej duszy.

W zasadzie jedynym celem wizyty w Singapurze było odwiedzenie przyjaciół, z którymi pracowałem w Katarze. W ciągu tych kilku lat przewinęło się ich przez nasz dział może dziesięcioro, w większości Chińczyków. Ostatnio powoli się wykruszali, narzekając na wszechobecny w Katarze kurz, kiepską infrastrukturę, a także pogodę - zwłaszcza wysoką wilgotność (sic!). Aż w końcu, z tej katarskiej wilgotności ulotnili się wszyscy i nie pozostał nikt.

Już nawet nie pamiętam, jak zacząłem się kumplować z azjatycką mafią. Przełomowym momentem bodajże było, jak połowa tej mafii wylądowała w jednym zespole ze mną. Tak się akurat złożyło, że przy czteroosobowym biurku siedziało dwoje Singapurczyków, Malezyjka i ja. Miejsce Malezyjki po jakimś czasie zajął … kolejny Singapurczyk. Nie było dla mnie ucieczki …

Mój początkowy entuzjazm z przebywania w tak egzotycznym dla przeciętnego Polaka otoczeniu przeradzał się we frustrację, jak tylko różnice kulturowe i problemy w komunikacji brały górę. Łatwo to sobie zresztą wyobrazić… Wkrótce jednak, na szczęście, entuzjazm powracał - zwłaszcza, gdy uświadamiałem sobie, że dużo nas jednak łączy.

Nicią porozumienia była bez wątpienia przynależność do nie-hinduskiej mniejszości w biurze. Pomagało również obeznanie „moich Azjatów” z Europą - jej kulturą i stylem życia, a, nierzadko – oczarowanie nią, połączone z moją azjatycką fascynacją.

Umiłowanie jedzenia (mowa o Singapurczykach i Malezyjczykach przecież!) też wytworzyło między nami wieź.  Na bieżąco obserwowaliśmy reakcje przy smakowaniu potraw własnych krajów. Przeważała ekscytacja, choć oburzenie i zdegustowanie też się zdarzało i zdarza do dziś – wystarczy, abym wspomniał o ryżu z truskawkami i śmietaną – połączenie smaków, które niemal każdemu Azjacie wydaje się profanacją.

Opinia o ryżu na słodko to nie jedyna różnica między nami. Różne są strefy klimatyczne krajów, z których pochodzimy, a, co się z tym wiąże - odmienna percepcja pogody w Katarze. Azjatyckie uwielbienie dla klimatyzacji niemal codziennie konfrontowane było z jego brakiem.

Moje możliwości adaptowania testowane były na najróżniejsze sposoby. Nawet do zdejmowania butów u progu mieszkania zdołałem się przyzwyczaić, a po pewnym czasie wszedłem na kolejny poziom zaawansowania i przestałem nawet na to przeklinać (!). Jednak na prawdziwą próbę mojego zaawansowania zostałem wystawiony ja, pewny siebie członek azjatyckiej mafii, gdy w trakcie wspólnej wyprawy za granicę, zostałem zganiony za niezdjęcie butów tuż przy drzwiach pokoju hotelowego. Kto by się spodziewał, że azjatycki obyczaj zdejmowania butów w domu obowiązuje także w hotelu w Ameryce?! Barwna opowieść z tego niechlubnego zajścia (!) krąży w niektórych kręgach do dziś…



Moja „sieroca” przyjaźń z Azjatami do dziś owocuje. Nauczyłem się od nich wiele, oraz od siebie – dzięki samemu obcowaniu z nimi. Dzień w dzień bombardowany byłem azjatyckim spojrzeniem na świat, któremu początkowo stawiałem opór – przecież stały za mną stare, zachodnie prawdy życiowe, dodatkowo najczęściej podparte nauką. Z czasem zaczęłem to azjatyckie, „nienaukowe” spojrzenie tolerować, akceptować, pochłaniać …

Do dziś jednak nie rozumiem, dlaczego w trakcie przeziębienia nie należy pić kawy, ani jeść pieczonego mięsa! A przecież tyle czasu spędziłem na debatach na ten temat!

Czy muszę dodawać, że debaty odbywały się w niezwykle melodyjnym, „singielskim” lub „mangielskim” akcencie, który wkrótce sam przy różnych okazjach zacząłem naśladować?



Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że była między nami doskonała symbioza, choć dla ludzi z zewnątrz mogło to wyglądać, jakbym był czarną (białą!) owcą w „żółtym stadzie”…  

Tak bardzo w tę symbiozę uwierzyłem, że w trakcie przedstawiania się obcym osobom nieraz tłumaczyłem, pół-żartem, pół-serio, że jestem pół-Polakiem, pół-Singapurczykiem i … pół-Malezyjczykiem. Że trzy połowy to niby niemożliwe? – doskonale oddawało to dziwność, ale i autentyczność sytuacji, w której się znalazłem! Gdy próbowano dopytywać o to, która połowa jest większa, szybko i dyplomatycznie rozwiewałem wątpliwości dyskutantów przypominając, że o to chodzi w połowach, że wszystkie są równe…(Co to pustynne słońce robi ludziom z mózgu!?)

Co, gdybym na początku kariery nie był zmuszony do zaprzyjaźnienia się z obcymi na pierwszy rzut oka Chińczykami? Naturalnym jest chyba, że swoi lgną do swoich i dziś obserwuję, jak większość młodych Europejczyków w moim biurze wybiera swoje towarzystwo wedle tego klucza. Ja w moich czasach takiego wyboru nie miałem i wcale tego nie żałuję! Cieszę się natomiast, że do południowoazjatyckiego stada zostałem przyjęty i do dziś, choć coraz częściej jedynie przy grupowym wspominaniu, mam w nim honorowe miejsce.

To wspaniałe uczucie mieć przyjaciół w wielu zakątkach świata. Z moją ekipą z Azji Południowo-Wschodniej łączy mnie więcej, niż dzieli, co udowodniłem właśnie w trakcie kolejnej już wizyty w Singapurze.

Fot. Jaem Prueangwet

wtorek, 19 kwietnia 2011

To jedna z największych wysp świata. Wiele jest w niej do odkrycia, zwłaszcza dla przeciętnego Europejczyka takiego jak ja. Nad całością góruje szczyt Kinabalu – dwudniowa wspinaczka na niego z lokalnym przewodnikiem mógłaby być celem podróży samym w sobie. Do tego niezliczone parki narodowe, w tym rezerwat z orangutanami - słowem – przyroda! To wszystko cały czas przede mną. I jak to wszystko pogodzić z faktem, że właśnie stamtąd wróciłem?

Był to jeden z tych wyjazdów zaplanowanych spontanicznie acz z dużym (bo 9-miesięcznym!) wyprzedzeniem ze względu na niezwykłą promocję Air Asia. Takich okazji się nie przepuszcza!

Moją pierwszą wyprawę na Borneo trzeba było zacząć od tego, z czego chyba słynie najbardziej – plemienia łowców głów. Tak się złożyło, że był to pierwszy i ostatni punkt zwiedzania sensu stricte. Resztę pierwszego dnia pobytu wypełniło wylegiwanie się na plaży wraz z lokalną rodziną, która mnie na czas pobytu adoptowała. Wyspa Mamutik, położona kilkanaście minut łódką od brzegu Kota Kinabalu, rozczarowała mnie – wspomnienie zeszłorocznych wakacji na Perhentianach nie pozostało bez wpływu na owoż rozczarowanie. Później było zwiedzanie pod kątem kulinarnym – w Malezji jak powszechnie wiadomo – wybór straw jest dalece satysfakcjonujący.

Borneo

Drugi i zarazem ostatni dzień upłynął pod znakiem pełnego „spontanu” i … pracy … charytatywnej. Prośbie ze strony malezyjskiego brata przyrodniego o pomoc w „projekcie fotograficznym” trudno było odmówić. Wspomniał tylko, że pstryknie mi kilka zdjęć i fajrant. Moja odpowiedź była całkiem rutynowa. – Dlaczego nie?! Tymczasem wyszła z tego profesjonalna sesja zdjęciowa ze stylistą, makijażystą i nawet asystentką makijażysty! Efekty będzie można zobaczyć bodajże w czerwcowym wydaniu lokalnej borneańskiej gazety. Cóż, trzeba być w życiu we właściwym miejscu i we właściwym czasie!

I dlatego właśnie moje dwa dni w malezyjskiej części Borneo traktować należy jako prolog. Szczyt Kinabalu nie ucieknie. Ciąg dalszy nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Zdjęcia na Picasa.

Borneo

 
1 , 2 , 3
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  


Doha by day

Doha by night