Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

Wpisy z tagiem: plaża

niedziela, 08 stycznia 2017

Czy można zamanifestować przeciw wszechobecnej komercjalizacji doświadczeń, rosnącemu wygodnictwu oraz sztampowym sposobom spędzania czasu, wyjeżdżając na sylwestra na rajską wyspę na środku oceanu?

Nie można? Przecież o to chodzi! Niech żyje rewolucja!

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem okazję rozmawiać z agentem podróży sprzedającym pakiety wakacyjne, ale łatwo mi sobie wyobrazić jak zareagowałby na nasz pomysł:

- Po Seszelach? Autostopem??

- Właśnie tak, albo autobusem miejskim!

- !?!?!!??!!!???!!!

To właśnie broszury w biurach podróży sprzedają gotowy, eksluzywny produkt po cenach, które powodują, że jest jeszcze bardziej eksluzywny, czyli niedostępny dla większości.

Przeciw takiemu ograniczającemu podejściu też chcielibyśmy zaprostestować.

Po kilku godz. w samolocie lądujemy w raju na środku oceanu. Jesteśmy jedyną grupą, której po wyjściu z terminala nikt nie wita. Zamiast, jak reszta pasażerów naszego rejsu, wsiąść do klimatyzowanego samochodu z oczekującym na nich szoferem, wybieramy transport publiczny. Rozklekotany autobus miejski (zgodnie z oczekiwaniami wcale nie przypomina autobusu z wyobrażeń o raju) za niecałe pół dolara dowozi nas w okolicę, gdzie wynajęliśmy kwaterę. Dalej siłujemy się ze spiekotą i na piechotę, pod górkę, niemal bez tchu, osiągamy cel. Właśnie na samej taksówce z lotniska zaoszczędziliśmy 50 dol. Ale frajda!

Potem jest tylko ciekawiej. Zainspirowani świeżymi produktami na lokalnym bazarze tymczasowo wprowadzamy dietę frutariańską (włącznie z sokiem z winogron). Spacerujemy przez przełęcz na drugą stronę wyspy na polecaną przez wszystkich plażę Beau Vallon, by podziwiać zachód słońca. Po zmroku kąpiel w oceanie (jeden tak manifestował, że kąpał się nago). W drodze powrotnej przyszło nam przetestować pomysł z autostopem po Seszelach.

Jacy ludzie, taki bunt. Jaki bunt, taki autostop. Sympatyczny i skuteczny, a jakże!

Na ostatni wieczór 2016 r. też postanawiamy pójść na przekór konwenansom i spędzić go bez balowych strojów, ani uroczystej kolacji, nawet bez fajerwerków. Esencją wieczoru ma być bose, acz wyborowe, towarzystwo oraz butelka wina musującego.

Pomysł na wyjście do lokalnej knajpy na kolację spala na panewce. Spacerujemy po okolicy i szukamy choćby jednej restauracji, lecz coraz bliższa staje się perspektywa, że naszym głównym daniem sylwestrowym będą chipsy lub niesmaczne i nudne jedzenie z hotelowej kuchni.

Z zazdrością mijamy domy, w ogródkach których tubylcy świętują nadchodzący nowy rok. Każdy dom jest pięknie oświetlony, jest muzyka (z basami!) i grill, który przy tej corocznej okazji łączy wielopokoleniowe rodziny. Pełni determinacji wpadamy na niekonwencjonalny pomysł, na który bez wahania godzimy się.

Tłumacząc się naszą trudną sytuacją kulinarną wpraszamy się na rodzinne przyjęcie! Gospodyni, p. Matylda, z otwartością wprowadza nas na ganek, gdzie wystawione jest jedzenie i zachęca do kosztowania świątecznych specjałów. W kilku dużych formach i garnkach znajdują się bardziej lub mniej egzotycznie wyglądające potrawy, z których najbardziej zapamiętujemy puree w mundurkach oraz pieczone krewetki.

Jesteśmy oczarowani gościnnością tej rodziny, lecz - nie chcąc jej nadwyrężyć - postanawiamy po jakimś czasie pożegnać się, składając całej rodzinie życzenia: bonne année!

Przez długi czas nie możemy uwierzyć jak niestandardowe doświadczenie właśnie przeżyliśmy. To była prawdziwa wisienka na torcie, którą zapamiętamy na lata!

Nasz manifest sylwestrowy zaliczamy do bardziej, niż udanych – podobnie, jak łapanie stopa w drodze na lotnisko – przyjazny kierowca zatrzymał się zanim zaczęliśmy gestykulować w stronę przejeżdżających samochodów!

Udowodniliśmy sobie, że niemożliwe jest możliwe – włącznie z tanim wyjazdem do raju na środku oceanu! Mimo, że ten wyjazd był niezapomniany, do jego opłacenia nie musieliśmy używać ani srebrnej, ani złotej Mastercard. Seszele, owszem, są ekskluzywnym kierunkiem wakacyjnym, ale można tam spędzić czas w sposób alternatywny, z dobrymi wspomnieniami, za ułamek ceny pokazywanej w broszurach.

Myli się ten, kto uważa, że nasz manifest jest niekonsekwentny. Nie ma dla nas znaczenia, że na ten malowniczy archipelag dolecieliśmy na pokładzie 5-gwiazdkowych linii lotniczych, niektórzy nawet w klasie biznes. Bardziej chodzi o to, aby realizować własne cele i marzenia bez oglądania się na konwenanse. Co ludzie powiedzą było dla nas dobrym serialem komediowym, my wybieramy rzeczywistość inną od serialu.

Wydaje się, że z pozoru przyziemne doświadczenia z tego wyjazdu wykraczają poza codzienną rzeczywistość. Prostota nadaje im nowych znaczeń, których zrozumienie będziemy zgłębiać w najbliższym czasie. Rok 2017 będzie wyjątkowy, choć coraz bardziej standardowy zarazem. Gdziekolwiek.



środa, 15 czerwca 2016

Aby nastawić pobudkę w weekend na czwartą nad ranem trzeba mieć dobry powód i motywację. O w pół do siódmej (co za nieludzka godzina!) ma odlatywać bezpośredni rejs na Phuket…

Po sześciu godzinach w powietrzu z wymodlonego miejsca przy oknie podziwiam widoki na podejściu do tej tajskiej wyspy. Skrzętnie omijamy burzowe chmury, z daleka widać bujną roślinność i lazurową wodę wzdłuż plaż. Choćby dla tego widoku było warto poświecić trochę snu – kto rano wstaje temu Pan Bóg daje!

Po kontroli celnej przedzieram się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy i wychodząc z terminalu przylotów obieram kierunek spaceru na okoliczną wioskę. Podobno można gdzieś tam wynająć skuter. Sympatyczny starszy pan prowadzący mikrowypożyczalnię (na oko w sumie 5 skuterów) bardzo się cieszy na prospekt zrobienia interesu. Odrobina negocjacji w prostej angielszczyźnie (wymagano pozostawienia paszportu pod zastaw, lecz jako alternatywę zasugerowałem 100 dol. w gotówce) i trochę po omacku ruszam skuterem do hotelu.

Wkrótce czuję wiatr we włosach i pełną wolność, ekscytację z której - mam nadzieję – zrozumieją motocykliści. Na niektórych prostych gnałem 60 km/godz.! Po niecałej godzinie jazdy jestem na miejscu w hotelu.

Jeśli chodzi o mnie to dzień jest już spełniony. Wczesna pobudka, kilka godzin w samolocie, pełna adrenaliny niezapomniana jazda skuterem.

A tu się okazuje, że dla niektórych dzień dopiero się zaczyna!

Kapitan naszego rejsu zarządza debriefing po kolacji dla całej załogi … w hotelowym basenie! Miejsce okazuje się nieprzypadkowe skoro do późnej nocy serwują w nim napoje po specjalenj cenie dla załóg. Jest przy tym okazja do wymiany doświadczeń między załogami innych linii – w tym samym basenie odbywa się debriefing załogi Virgin Australia. Brakuje jedynie załogi Etihadu, która tego wieczora zdecydowała się na wycieczkę fakultatywną na Patong.



Następnego dnia przyjemny relaks i kontynuacja debriefingu – tym razem obecność nieobowiązkowa: masaże, pływanie i opalanie. Po całym dniu nicnierobienia czeka na mnie deser, czyli pełna adrenaliny jazda powrotna skuterem! Na to czekałem najbardziej – już od poprzedniego dnia! Udaje się wyruszyć spod hotelu jednocześnie z busikiem z załogą, która kibicuje mi przez większość trasy obserwując moje dzielne zmagania z wiatrem i niezawsze prostą drogą. Skorzystałem na tym również tak, że goniąc ich nie mogłem się już zgubić – wszak kierowca busika musiał trasę na lotnisko mieć dobrze opanowaną! W końcu dojeżdżam do wioski obok lotniska i z olbrzymią satysfakcją oddaję skuter z powrotem do wypożyczalni. Triumfalnie spaceruję w stronę terminala odlotów i czuję się jakbym był panem świata -  nie dość, że zaoszczędziłem na taksówce, to jeszcze sprawiłem sobie kawał niezapomnianej przygody.

Gdy w końcu ponownie spotykam moją załogę na rejsie powrotnym do Doha niektórzy gratulują mi odwagi, a nawet zazdroszczą tej wolności i przygody z wiatrem, jaką dał mi niepozorny skuter za 200 baht za dobę.

Jest coś magicznego w takiej weekendowej ucieczce z surowego krajobrazu pustynnego do przygody po drugiej stronie oceanu. Jest coś magicznego w podróżowaniu w tempie załóg. Albo najlepiej razem z nimi!



poniedziałek, 15 lutego 2016

Malediwy. Czas w takim raju, upływa dość przyjemnie, choć trudno to nazwać odpoczynkiem. Jak tu porządnie odpocząć, skoro co chwilę trzeba nakładać kremy na słońce?!

Odpowiedniej ochrony przed słońcem nauczyłem się po pierwszej wizycie na Malediwach, gdy w pochmurny dzień (!) słońce spaliło mi skórę … pod pachami! Jak do tego doszło wspominałem nawet niedawno na blogu.

Po wysmarowaniu kremami niewiele zostaje czasu i energii na inne aktywności.

Nawet kąpiel w oceanie staje się udręką – woda co prawda dość ciepła (choć nie dla wszystkich!), ale na dnie rafa koralowa, która kaleczy stopy, do tego wokół pływa mnóstwo ryb, które mienią się kolorami, że aż oczopląsu można dostać. A niektóre wręcz gryzą!!

Jakoś to wszystko przetrzymuję - dość mam dopiero drugiego dnia, gdy przychodzi mi uciekać przed gigantyczną płaszczką (metr szerokości!), która płynie wprost na mnie na płyciźnie niedaleko brzegu. Ledwie kilka godzin wcześniej dowiedziałem się od nurkowego instruktora, że płaszczek należy unikać …

Przeżyłem tylko dlatego, że usłyszałem ostrzegające mnie okrzyki przyjaciół, których początkowo w ogóle nie rozumiałem:

– Jaka płaszczka? Gdzie płynie?

- Wprost na ciebie płynie! Zejdź jej z drogi!!!

- Ja nie widzę żadnej płaszczki! Skąd mam wiedzieć dokąd uciekać jak jej nie widzę?

Teraz już wiem, że z daleka, będąc głową w wodzie, płaszczkę trudno zauważyć, bo jest … płaska. Z taką wiedzą mógłbym z powodzeniem startować w Jednym z Dziesięciu!

Po tym ataku adrenaliny przyszedł czas by ruszyć w drogę powrotną do katarskiej pustyni. Co za ulga - tam przynajmniej płaszczki mi nie grożą!

Minęło kilka lat, zmieniła się perspektywa. Przy aż dwóch rejsach dziennie (tylko 4 godz. lotu) da się spędzić sympatyczny weekend na którejś z rajskich wysp, z dala od wyklętej przez większość Doha.

Stwierdzam, że taki szybki wypad dobrze człowiekowi robi - mimo wszystkich niedogodności (włącznie z koniecznością nakładania kremu na słońce i atakującymi płaszczkami-ludojadami). I z przyjemnością wrócę tam prędzej niż za kolejne siedem lat.

 



wtorek, 09 lutego 2016

Czwartkowe popołudnie w pracy. A ja nadal bez pomysłu na weekend?

Koleżanka z pracy proponuje, bym do niej dołączył – wybiera się na trzy dni na Malediwy. Trzech dni nie mam, ale może sam weekend? Przekonuje mnie tym, że będzie to jej czternasta wycieczka w to samo miejsce w ciągu pięciu lat. Niemal jednocześnie inna koleżanka proponuje to samo koleżance pierwszej. Jest już nas trójka. Będzie raźniej!

W takiej sytuacji grzechem byłoby nie dać temu malowniczemu archipelagowi drugiej szansy - pamiętam, że po pierwszej wizycie nie zamierzałem tam wracać zbyt prędko. Na Malediwach nie byłem od siedmu lat, więc w sumie dotrzymałem słowa … Jak się do tego przyznałem, to znajomi kręcili głowami z niedowierzania, lecz moja lotnicza statystyka nie kłamie.

Mam gdzie spać, bo dziewczyny już wcześniej porobiły rezerwacje, więc teraz czas pomyśleć o bilecie lotniczym. I o obłożeniu rejsów: raczej bezstresowo, zwłaszcza – co najważniejsze - na powrocie w sobotę wieczorem. Jest ok. 15 pracowników „zalistowanych”. Zerkam więc z ciekawości na listę – może jeszcze jacyś inni znajomi?

Ależ oczywiście! Tego znam, i tego, i tego! I tą z tym!! Ostatecznie znam 10 osób! To solidna ekipa: Czeszka, Łotyszka, Belg, Malezyjka, i wreszcie polska mafia (w tym państwo Polakowscy).  Po wylądowaniu, poza kolegą z działu, który podróżuje z żoną i dzieckiem, wszyscy się integrują w oczekiwaniu na hotelową łódkę. Oczywiście, że czekamy na tę samą łódkę, bo wybieramy się do tego samego hotelu – Meeru!

Hotel-wyspa Meeru jest jak instytucja. Wydaje się, że byli tam wszyscy z biura oprócz mnie. Niektórzy naście razy!

Skąd takie upodobanie wśród naszych pracowników do Meeru? Dostajemy tam najlepsze stawki, nie wymaga się płatności z góry (co jest kluczowe gdy lata się bez gwarancji miejsca), nie każą słono płacić za łódkę z/na lotnisko i w miarę dostępności dostajemy wille o podwyższonym standardzie. Nic dziwnego, że niektórzy bywają tam na tyle często, że w momencie ponownego przyjazdu witani są przez personel w szczególny sposób!

– Hello! Welcome back! – skierowane do mojej towarzyszki, słyszę aż do znudzenia wysiadając z łódki, przechodząc przez recepcję oraz w restauracji! Bycie w takim towarzystwie popłaca – dostajemy wszyscy zaproszenie na ekskluzywne przyjęcie koktajlowe dla stałych gości na plaży. Kto by odmówił spędzenia zimowego wieczora w taki sposób?

W kolejnym wpisie będzie o tym, jak udało mi się taki krótki wyjazd na Malediwy przetrwać.



poniedziałek, 27 lipca 2015



Była środa, początek ramadanu. Zbliżał się weekend, a z nim perspektywa siedzenia w mieszkaniach przez większość dnia w obliczu ramadanowych restrykcji (jedzenia, picia i palenia w miejscach publicznych). Nikogo to nie ekscytowało, rzucono więc temat:

- Dokąd by tu uciec?

- Co powiecie na dwadzieścia osiem godzin w Stambule?

- Brzmi obiecująco!

- Ale to strasznie krótki pobyt, opłaca się?

- Opłaca się, do Stambułu zawsze warto, tylko, że to już było…

- A Larnaka, Cypr? W 24 godziny!

- Ależ to jeszcze mniej czasu na miejscu!

- Zgadza się, ale jeśli zrezygnujemy z biegania po muzeach i zabytkach może wyjść z tego całkiem relaksujący wyjazd.

- Właśnie! To byłby taki totalny chillout - plaża, rześki wiaterek, wino, …

I polecieli. Zgodnie z planem, czyli zero zwiedzania. Wynajęli daczę nad samą plażą, bliżej lotniska niż miasta. Przemiły właściciel odebrał ich samochodem, po drodze zahaczył o sklep na szybkie zakupy prowiantu i … wina.

Za zakupy wina obarczono odpowiedzialnością autora tekstu i Panią G., którzy jednogłośnie postanowili kupić różne rodzaje win, aby zaspokoić preferencje smakowe całej grupy. Odgórne ustalenie nakazywało trzymać się budżetu 4 euro za butelkę. Prędka analiza dostępnego towaru wykazała, że oznaczało to średni segment rynku.

- Ale nuda – pomyślał niżej podpisany magister ekonomii i natychmiast zarządził dywersyfikację: kolorów, cen, oczekiwań, a więc i ryzyka. W koszyku znalazły się więc wina zarówno za 1 euro, jak i za 7 euro. Wkrótce okazało się, że wybór był wyśmienity. A może to rezydowanie w Katarze zmienia stosunek ludzi do alkoholu i postrzeganej jakości tegoż?

W przerwie między winem serwowano owoce, w tym pysznego arbuza, którego przy okazji cała grupa nauczyła się kroić w jakiś hipsterski sposób – długie prostopadłościany z wąską podstawą-skórką. Ale ubaw!

Potem były rowery oraz lotniczy spotting - w Larnace lądują jumbojety (z rosyjskimi turystami!). Kąpieli w morzu też nie zabrakło, choć niektórym (tylko bez nazwisk!) początkowo (przez pół godziny!) brakowało odwagi, by zanurzyć się w tej „lodowatej” wodzie. Co te słońce pustyni z ludźmi robi?!?!

Przedstawicielki płci pięknej zgodnie dodają, że na uwagę zasługiwał prysznic. Ten bardziej cywilizowany, w łazience, gdzie każdy miał wyznaczone 10 minut, i drugi – niekonwencjonalny, biwakowy (gumowy pojemnik wystawiany na słońce). Tu średnio wypadało 30 sekund na osobę, ale za to nawet taka odrobina ciepłej wody po morskiej kapieli było jak picie wina za 7 euro po piciu wina za 1 euro. Niżej podpisany nie czuł potrzeby skorzystania z tego udogodnienia (prysznica, a nie wina za 7 euro!), więc poprosił o wspomnienia innych uczestników wycieczki.

- Widzisz, gdybyś skorzystał, to byłoby to ujęte już w pierwszym zdaniu o wyjeździe – usłyszał.

Obowiązek przygotowania śniadania panie G., J. i M. z wielką przyjemnością zgodziły się przesunąć na tego, który lubuje się w kuchni fusion. Tylko skąd potem to oburzenie, że biały ser w jajecznicy nie pasuje?! A kto powiedział, że nie pasuje?!?!

O szczegółach można by opowiadać dłużej, niż trwał sam wyjazd. W skrócie - były to bezcenne pod każdym względem 24 godziny spędzone w temperaturze poniżej 30 stopni, i to bez klimatyzacji! Szybki, lecz jaki konkretny relaks!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            


Doha by day

Doha by night