Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

Wpisy z tagiem: Filipiny

środa, 04 stycznia 2012

Wyspa Boracay to destynacja sama w sobie, niemniej już sam dojazd na nią z Bacolod okazuje się dość ekscytujący. Najpierw, o wschodzie słońca, wsiadamy na prom–katamaran, który w ciągu godziny dowiezie nas, a także setki osób w drodze do pracy, na sąsiednią wyspę. Jak łatwo się domyślić, turystów na pokładzie jest garstka, więc czuję się trochę jak małpa w zoo. Kolejnych sześć godzin autokarem i ponowna przesiadka na wodny środek transportu – tym razem jest to wąska łódeczka, która po kilkunastu minutach przeprawy pośród lazurowych wód przycumowuje na Boracay. To jeszcze nie koniec – z portu trzeba wynająć motocyklo-tuktuk, który za horrendalną kwotę (jak na lokalne warunki) zawozi pod sam hotel. Nowoprzybywający turysta, podniecony przepięknymi widokami z łódki, zmuszony jest przedzierać się główną (i jedyną) drogą przez brudne i zasmrodzone spalinami zaplecze tego wyspiarskiego raju. Niby to Azja, ale tak przykrych wrażeń nie miałem nawet na Bali.

Nareszcie! Witamy w filipińskiej wersji raju na ziemi.

Zwiedzanie Boracay zaczynamy od zachódu słońca, który rzeczywiście daje radę. Nasuwa mi się porównanie z …, hm, niczym. Malowniczo jest jak w bajce. Raj na ziemi. Jak nigdzie indziej.

Boracay, Filipiny

Prawie cały dzień w podróży – mimo wielu wrażeń – okazuje się wykańczający. Szybka drzemka dodaje energii, a ta się przyda. Najlepszym zwieńczeniem jest impreza w jednym z bardzo wielu przybytków „popkulturalnych” wzdłuż plaży. Do wyboru wszystkie chyba rodzaje drinków i muzyki (choć króluje oczywiście trójca Guetta/Black Eyed Peas/Rihanna).

Nazajutrz śniadanie w filipińskim stylu, czyli taho – coś w rodzaju naszej owsianki przygotowane z tapioki i tofu. Nie grzeszy wspaniałym smakiem, ale czyż nie można tego samego powiedzieć o naszej tradycyjnej zupie mlecznej? Jako uzupełnienie fundujemy sobie świeży shake u Jonah, bo tam bodaj najlepsze. Tłumy w tym barze mówią same za siebie. Shake z mango rzeczywiście wymiata, ale chciałoby się spróbować innych smaków. Trzeba tu kiedyś wrócić!

Boracay, Filipiny

Lazurowa i niezwykle czysta woda aż się prosi. Wskakujemy prosto z bambusowo-skalnego pokoju, bo ten akurat ma bezpośrednie zejście do morza (się płaci, się ma). Raj na ziemi i w wodzie. Nurkowanie z rurką przy skale, na której stoi nasz „gościniec” – bezcenne. Zaczepiamy kąpiące się filipińskie dzieci, które z uroków tego miejsca mogą korzystać codziennie. Uwiecznić na zdjęciu ich niepohamowany entuzjazm też okazuje się bezcenne.

Boracay, Filipiny

A plaża? To materiał na co najmniej kilka kolejnych akapitów. Ograniczę się do stwierdzenia, że piasek na Boracay jest tak drobny i miękki, że można się w nim zakochać od pierwszego wejrzenia. Tak, to już oficjalne – w moim subiektywnym rankingu wskakuje on na pierwsze miejsce, przeganiając z niego piasek na Maledywach.

Po takich wrażeniach wizualno-dotykowych kubki smakowe na języku, a zwłaszcza  żołądek, mają prawo czuć się niedocenione. Czas na świeże owoce morza, których na Boracay nie brakuje. Zapijamy najpopularniejszym lokalnym piwem, czyli San Miguel Light. Na horyzoncie coraz więcej żaglówek z turystami, a w międzyczasie na plaży zbierają się tłumy, aby podziwiać kolejny zachód słońca. Jest tak samo, jak dzień wcześniej. Jak w bajce. Piwo Red Horse okazuje się najlepszym sposobem na zakończenie tego dnia.

O poranku śniadanie z bekonem w roli głównej, a na deser świeże mango. Wynajmujemy łódkę ze skiperem i w kilka godzin opływamy wyspę dookoła. Podziwiam konstrukcję łódki, która jest, powiedziałbym, pacyficzna (podobne widziałem na Wyspach Marszalla). Podrównikowe słońce pali twarz. Nie mogę odpędzić od siebie myśli o tym, jak to się stało, że następnego dnia trzeba będzie z tego raju ruszać w drogę powrotną?

Boracay, Filipiny

Na pocieszenie wracamy do Jonah. Tym razem wybieram shake czekoladowo-bananowy z orzeszkami ziemnymi. Kubki smakowe szaleją. Brak słów.

Kolejny spacer plażą, kolejny bajkowy zachód słońca z żaglówkami w tle. Kolacja z wieprzowiną (też na pocieszenie, a jakże!). I coś na deser – taniec ognia - najlepszy jaki w życiu widziałem! Już nie chodzi o samą zręczność w wirowaniu ognistej kulki na łańcuchu, lecz całą otoczkę – nieźle skoordynowany taniec i nawet fabułę. Jednym słowem – show. Czy kogoś to zaskoczy, że w branży tej specjalizują się przede wszystkim filipińscy transwestyci? Nieżle im to wychodzi, co tu dużo mówić!

I w ten sposób wracamy do punktu wyjścia. Filipiny niejednego podróżnika zaskoczą. Warto było zahaczyć o Bacolod i festiwal masek oraz zobaczyć jak żyje „prowincja”. Koniecznie trzeba będzie wrócić na Boracay – aby zanurzyć palce w tym niezwykle drobnym piasku, skosztować kolejnej porcji czekoladowo-orzechowego shake’a u Jonah i … poimprezować.

Muszę również przyznać, że grilowany kurczak u Aidy w Bacolod podniósł poprzeczkę moich przyszłych doznań kulinarnych. I kto by się tego spodziewał, skoro Filipiny z kuchni swojej słyną, owszem, ale raczej w pejoratywnym znaczeniu?!

Więcej zdjęć na picasa.

Boracay, Filipiny

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Na filipińską wyspę Negros trafiam nieprzypadkowo. Okazją jest m.in. doroczny festiwal masek – Masskara, odbywający się w Bacolod, znanym jako City of Miles.

Festiwal Masskara, Bacolod, Filipiny

Całe miasto odświętnie udekorowane, festiwalowo-jarmarczna atmosfera. Najpierw parada dzieci-przebierańców reprezentujących własne szkoły. Oczekiwanie na defiladę w tym tropikalnym skwarze okazało się wykańczające, ale było warto! Kolorowe maski, stroje zaprojektowane i uszyte specjalnie na tę okazję. Poprzeczka rośnie w miarę, jak pojawiają się starsze klasy, które mają coraz lepiej dopracowane układy choreograficzne. Setki zdjęć zapełniają kartę aparatu, zachwytom nie ma końca.

Odświętny humor trzeba uzupełnić kaloriami. W menu większości filipińskich restauracji króluje wieprzowina w każdej postaci, a zwłaszcza grilowane szaszłyki w lokalnej marynacie (najlepsze u Aidy w centrum miasta). I dużo ryżu – na Filipinach są nawet sieci restauracji, które słyną z nieograniczonych darmowych dokładek ryżu w ramach zamówionego posiłku!

Bacolod, Filipiny

Po zmroku, podziwiamy kolejną paradę, tzw. Electric Masskara, bardziej w stylu – powiedzmy – brazylijskim, z wykorzystaniem scen na poruszających się ciężarówkach, wszystko w kolorowych światłach mrugających z każdej strony. Jednocześnie na kilkunastu (!) scenach ustawionych wzdłuż głównej ulicy odbywają się koncerty i pokazy didżejskie, a piwo i inne trunki leją się strumieniami. Niech żałują ci, których tam zabrakło!

Po krótkiej przerwie na sen przyszła pora na kontynuację przygód. Kolejny dzień zaczynamy od typowego filipińskiego śniadania. Porcja ryżu – a jakże!, smażona słodka kiełbasa - oczywiście, że wieprzowa (na styl chiński) oraz smażona ryba (bangus). Na deser owoce: soczyste plasterki mango, które wyjadam łyżką oraz małe banany (takich bananów w Europie raczej nie uświadczysz, bo ich krzywizna i rozmiar są niezgodne z europejskimi normami, a szkoda!).

Festiwal Masskara, Bacolod, Filipiny

Następnie, tak po azjatycku, obowiązkowa wizyta w centrum handlowym (przynajmniej mają toaletę). Później trafiamy w miejsce, z którego rusza kolejna parada – tym razem z dorosłymi uczestnikami. Bodajże dziesięć rywalizujących ze sobą grup (każda po kilkadziesiąt osób), reprezentujących poszczególne dzielnice. Przygotowania, poprawianie strojów, rozgrzewka i wreszcie wymarsz na paradę – obserwowanie tego wszystkiego z bliska jest fascynujące. To już nie są żarty, stawka jest większa, są więc i poważni sponsorzy, jeszcze bardziej wykwintne stroje i jeszcze dokładniej dopracowane ruchy tancerzy. Znamienne, że pośród tancerzy są mężczyźni, kobiety i … transwestyci. Takie stroje i maski stanowią dla każdego idealną okazję do pokazania talentów, bez względu na płeć czy orientację. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wręcz większość tancerzy stanowią transwestyci, co może nie powinno nikogo zaskakiwać, bo tychże na Filipinach nie brakuje.

Festiwal Masskara, Bacolod, Filipiny

Zwieńczeniem pobytu w Mieście Uśmiechów jest rodzinna impreza, na którą mam zaszczyt trafić. Zaserwowano m.in. pieczone prosię oraz zupę … z jego krwi (z imbirem, na kwaśno). Niezłe w smaku, ale dla własnej wygody zdecydowałem się zagryźć całość ryżem.

To jeszcze nie koniec przygód na Filipinach. Kolejny przystanek – słynne plaże na wyspie Boracay!

Więcej zdjęć wkrótce na picasa. Obiecuję!!

niedziela, 04 grudnia 2011

Pierwsze godziny po przylocie do tego wyspiarskiego kraju przyniosły kilka niespodzianek. Najpierw, gdy stałem w kolejce do kasy, punktualnie o 18, cały supermarket zamarł na 2-3 minuty, a z głośników popłynęło jakieś „przemówienie”. Zorientowałem się o co chodzi dopiero na koniec, tzn. w momencie, gdy ludzie wokół mnie zaczęli się żegnać. To była ogólnosklepowa modlitwa! Wnet zostałem uświadomiony, że oto jestem w kraju powszechnie katolickim, w którym religia ma większy wpływ na życie codzienne mieszkańców, niż w Polsce.

Następnie w (niedrogim) hotelu nieopodal lotniska mój błogi sen wielokrotnie przerywały głośne pukania do czyichś pokojów, okrzyki na korytarzu i recepcji oraz niekończące się trzaskanie drzwiami. Rano recepcjonistka wyjaśniła ze zdumiewającą szczerością: - Sorry, za dużo prostytutek.

Przypomniałem sobie, że nawet w najbardziej religijnych krajach znajdą się wyjątki wyznające moralność inaczej.

Tak zaczęła się moja przygoda z Filipinami. A co było potem? O tym już wkrótce!

Filipiny

| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        


Doha by day

Doha by night