Szaleństwo, spełnianie marzeń i wielka przygoda. Podróże i życie codzienne na egzotycznej emigracji w Katarze.

Wpisy z tagiem: tajlandia

poniedziałek, 24 października 2016

Teatralny dym!

Przyciemnione światła w różnych kolorach!

Muzyka! (dość dramatyczna – w stylu Gwiezdnych Wojen)

Akcja!

Otwierają się drzwi sali bankietowej, a w nich pojawia się młoda para oślepiona światłem reflektora. Wyglądają na nieco speszonych, a na pewno zmęczonych – od ponad półtorej godziny pozowali do zdjęć, podczas gdy goście kosztowali przekąski i poili się trunkami.

Triumfalnie przechodzą przez salę pozdrawiając zebranych. Zasiadają przy wyznaczonym stole, bynajmniej nie w celu konsumpcji obiadu.

Na scenę zaproszeni zostają dwaj dygnitarze (mężczyźni w wieku rodziców młodej pary), którzy dokonują swego rodzaju laudacji i przemówienia do toastu. Jeśli dobrze zrozumiałem, są to najważniejsi goście, których obecność podnosi rangę wydarzenia (np. lokalny prawnik - zupełnie jak w niektórych filmach). Przemówienia zdają się trwać bez końca - dobrze, że wybrano tylko dwóch honorowych mówców! Następnie przemówienie pana młodego, w którym zawiera kurtuazyjne podziękowania.

Potem procesja pary młodej w stronę stojącej na środku sali platformy, na której właśnie ukazuje się kilkupiętrowy tort rodem z amerykańskich filmów. W świetle silnych reflektorów i w rytm odpowiedniej muzyki młoda para kroi tort.

Zaraz, zaraz! Przecież oni tego tortu wcale nie dotykają!

Własnym oczom nie wierzę – oni udają, że kroją tort weselny!

Wspólnie, trzymając okołometrowy „miecz”, przez minutę lub dłużej sumiennie wykonują ruchy jakby go naprawdę kroili. Z góry do dołu, kilka centymetrów w bok, z góry do dołu, itd. Ileż oni musieli ten teatralny ruch krojący ćwiczyć?!

Do dziś nie wiem, z czego tort był zrobiony, prawdopodobnie z plastiku… (czyżby był wraz z taką platformą przechodni z wesela na wesele?). Jedno jest pewne – ciasto roznoszone właśnie wśród gości przez kelnerów nie jest tortem krojonym przez parę młodą! Czuję się, jakbym właśnie wykrył jakiś podstęp, niczym Sherlock Holmes, choć dla zebranych wokół Tajów ta teatralność to zapewne nic szczególnego.

Następnie młoda para na klęczkach (!) wręcza rodzicom oraz wspomnianym dygnitarzom kawałki prawdziwego tortu przekazanego przez kelnerów. Wzajemnym ukłonom nie ma końca, można się nawet było przy tej okazji wzruszyć.

Mijają właśnie trzy kwadranse od wejścia pary młodej na salę bankietową, z czego doskonale zdaje sobie sprawę krążący wokół pary młodej reżyser spektaklu (słuchawka w uchu z mikrofonem). W rytmie odpowiedniej muzyczki następuje procesyjne wyjście z sali do lobby, gdzie fotograf już czeka na kontynuację sesji zdjęciowej umęczonej i najpewniej bardzo już głodnej młodej pary i gości. Druga sesja zdjęciowa („po weselu”) znów trwa w nieskończoność.

Tymczasem kelnerzy już dawno przestali uzupełniać jedzenie i jest ewidentne, że impreza zbliża się ku końcowi, więc goście powoli zaczynają się rozchodzić. Po niecałych trzech godzinach od mojego przybycia po weselu nie ma śladu i już wiem, że właśnie w ten nieoczekiwany sposób zyskałem wieczór, który mogę zacząć planować na własną rękę …

Szybko i konkretnie. Ileż czasu i nerwów tu zaoszczędzono w porównaniu z polskimi weselami? Dobrze znamy ten scenariusz – zwykle goście w dniu wesela od rana biegają nerwowo, bo wiedzą, że to ostatni moment na załatwienie czegokolwiek, potem następuje strojenie się i cała logistyka weselna, aż wreszcie całonocna impreza, a kolejnego dnia odsypianie i leczenie kaca.

Wizyta na tajskim weselu uzmysłowiła mi, jak współczesna aspirująca klasa średnia w Tajlandii jest rozdarta między własną tradycją a kulturą zachodu, znaną głównie z filmów amerykańskich. Mieszanie gatunków i stylów jest tu przecież na porządku dziennym, liczy się rytuał, choć nikt pewnie nie jest w stanie wytłumaczyć, co oznacza. Krojenie tortu, choćby plastikowego, bez którego wesela najwyraźniej nie można by uznać za udane, było tego najlepszym dowodem (a może to ja czegoś tu nie rozumiem?). Zresztą czy wszystko w życiu musi mieć sens? Cała ta ceremonialność dobrze się wpisuje w tajską mentalność, którą obserwuję od lat. Choć może to wydawać się nieprawdopodobne, największą część przyjęcia weselnego zajęło młodej parze pozowanie do zdjęć z gośćmi! A część oficjalna, wewnątrz specjalnie do tego wynajętej sali bankietowej – ledwo trzy kwadranse, po upływie których goście najzwyczajniej zaczęli się rozchodzić!

W Polsce powszechne są wesela w stylu „postaw się, a zastaw się”, ale po takim wydarzeniu zarówno gościom, jak i parze młodej zwykle pozostają wspomnienia na lata. Mimo, że wesele w Tajlandii trwało o wiele krócej niż polskie to będę je wspominał równie długo. Warto było przelecieć pół świata, by doświadczyć wesela w stylu tajskiej klasy średniej.

a

niedziela, 23 października 2016

Miałem ostatnio przyjemność być zaproszonym na wesele w Tajlandii. Oczywiście je zaakceptowałem - nie tylko ze względu na parę młodą i rodziców, lecz również dlatego, że była to doskonała okazja do obserwacji tamtejszych zwyczajów.

Już sama lokalizacja sugerowała, że będzie to niezwykłe wydarzenie – żadna remiza czy wiejska karczma, lecz Anantara Siam Bangkok, czyli jeden z najlepszych hoteli w Bangkoku!

Nie ukrywam, że jechałem na to wesele z konkretnymi oczekiwaniami – w końcu lokalizacja zobowiązywała. Po dotychczasowych doświadczeniach ślubno-weselnych na świecie spodziewałem się setek elitarnych gości, dodatkowo moja polska dusza liczyła na imprezę do białego rana - słowem: miałem nadzieję na przeżycia, które by się wspominało latami...

W rzeczywistości? Setki gości były, jak najbardziej, wszyscy ubrani na galowo, jak na wesele przystało. Strzałem w pudło jednak okazało się oczekiwanie imprezy do białego rana …

Po kolei. Zaproszenie było na trzynastą. Zjawiam się na kwadrans przed czasem – inni goście też już się schodzą. W lobby należy odhaczyć się na liście gości oraz zostawić kopertę z prezentem w gotówce (obowiązkowo podpisaną, aby rodzina później mogła odnotować, kto ile ofiarował).

Kilka kroków dalej obok wejścia na salę bankietową wystrojona para młoda od dłuższego czasu pozuje do zdjęć z przybywającymi gośćmi. Nikt nie ma prawa mieć wątpliwości, że to właśnie Ona i On są gwiazdami tego dnia. Dla każdego gościa stanięcie do zdjęcia w ich towarzystwie jest niezwykle nobilitujące. Jednak obserwując, jak wiele wysiłku wymaga takie intensywne pozowanie do zdjęć z każdym gościem, odnoszę wrażenie, że scenariusz imprezy był bardziej pisany z myślą o gościach, niż o młodej parze.

W czasie gdy para pozuje z kolejnymi przybyszami, ci „obsłużeni” przechodzą do sali bankietowej. W oczekiwaniu na oficjalne rozpoczęcie imprezy goście powoli przełamują początkową nieśmiałość i podchodzą do bufetu szwedzkiego - stolików z jedzeniem rozstawionych wokół sali (jak się później okaże, jest to jedyny moment na skorzystanie z oferty kulinarnej!). Dominują przekąski koktajlowe, np. kanapeczki i mini-szaszłyki. Do tego wino i inne trunki (jak na Azję przystało najpopularniejsza jest whisky). Najważniejsi goście mają przydzielone stoliki z miejscami siedzącymi, pozostali muszą się zadowolić jedzeniem i piciem na stojąco.

Około godziny po moim przybyciu rozpoczyna się część oficjalna przyjęcia weselnego, a w zasadzie jego kulminacja.

C.D.N.



środa, 15 czerwca 2016

Aby nastawić pobudkę w weekend na czwartą nad ranem trzeba mieć dobry powód i motywację. O w pół do siódmej (co za nieludzka godzina!) ma odlatywać bezpośredni rejs na Phuket…

Po sześciu godzinach w powietrzu z wymodlonego miejsca przy oknie podziwiam widoki na podejściu do tej tajskiej wyspy. Skrzętnie omijamy burzowe chmury, z daleka widać bujną roślinność i lazurową wodę wzdłuż plaż. Choćby dla tego widoku było warto poświecić trochę snu – kto rano wstaje temu Pan Bóg daje!

Po kontroli celnej przedzieram się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy i wychodząc z terminalu przylotów obieram kierunek spaceru na okoliczną wioskę. Podobno można gdzieś tam wynająć skuter. Sympatyczny starszy pan prowadzący mikrowypożyczalnię (na oko w sumie 5 skuterów) bardzo się cieszy na prospekt zrobienia interesu. Odrobina negocjacji w prostej angielszczyźnie (wymagano pozostawienia paszportu pod zastaw, lecz jako alternatywę zasugerowałem 100 dol. w gotówce) i trochę po omacku ruszam skuterem do hotelu.

Wkrótce czuję wiatr we włosach i pełną wolność, ekscytację z której - mam nadzieję – zrozumieją motocykliści. Na niektórych prostych gnałem 60 km/godz.! Po niecałej godzinie jazdy jestem na miejscu w hotelu.

Jeśli chodzi o mnie to dzień jest już spełniony. Wczesna pobudka, kilka godzin w samolocie, pełna adrenaliny niezapomniana jazda skuterem.

A tu się okazuje, że dla niektórych dzień dopiero się zaczyna!

Kapitan naszego rejsu zarządza debriefing po kolacji dla całej załogi … w hotelowym basenie! Miejsce okazuje się nieprzypadkowe skoro do późnej nocy serwują w nim napoje po specjalenj cenie dla załóg. Jest przy tym okazja do wymiany doświadczeń między załogami innych linii – w tym samym basenie odbywa się debriefing załogi Virgin Australia. Brakuje jedynie załogi Etihadu, która tego wieczora zdecydowała się na wycieczkę fakultatywną na Patong.



Następnego dnia przyjemny relaks i kontynuacja debriefingu – tym razem obecność nieobowiązkowa: masaże, pływanie i opalanie. Po całym dniu nicnierobienia czeka na mnie deser, czyli pełna adrenaliny jazda powrotna skuterem! Na to czekałem najbardziej – już od poprzedniego dnia! Udaje się wyruszyć spod hotelu jednocześnie z busikiem z załogą, która kibicuje mi przez większość trasy obserwując moje dzielne zmagania z wiatrem i niezawsze prostą drogą. Skorzystałem na tym również tak, że goniąc ich nie mogłem się już zgubić – wszak kierowca busika musiał trasę na lotnisko mieć dobrze opanowaną! W końcu dojeżdżam do wioski obok lotniska i z olbrzymią satysfakcją oddaję skuter z powrotem do wypożyczalni. Triumfalnie spaceruję w stronę terminala odlotów i czuję się jakbym był panem świata -  nie dość, że zaoszczędziłem na taksówce, to jeszcze sprawiłem sobie kawał niezapomnianej przygody.

Gdy w końcu ponownie spotykam moją załogę na rejsie powrotnym do Doha niektórzy gratulują mi odwagi, a nawet zazdroszczą tej wolności i przygody z wiatrem, jaką dał mi niepozorny skuter za 200 baht za dobę.

Jest coś magicznego w takiej weekendowej ucieczce z surowego krajobrazu pustynnego do przygody po drugiej stronie oceanu. Jest coś magicznego w podróżowaniu w tempie załóg. Albo najlepiej razem z nimi!



wtorek, 21 kwietnia 2015

W Chiang Mai, mieście na północy Tajlandii, smakosze kawy mają w czym wybierać. Kawa jest znakomitej jakości, a personel nierzadko szkolony w samej Australii. Lokale konkurują ze sobą nie tylko kawą i ofertą kulinarną, lecz również nastrojem i wystrojem. Jedna z kawiarni wyróżnia się w szczególności.

Nie chodzi co prawda o Hello Kitty Cafe, jak w Seulu, jednak wielbiciele kotów wszelkiej maści nie powinni narzekać…



Żeby wejść do Catmosphere należy założyć przygotowane dla gości kapcie, dokładnie umyć ręce, a na koniec nałożyć żel przeciwbakteryjny. Siada się na podłodze na poduszkach. A pośród nas … koty na wybiegu. Żywe koty!



Na plakacie reklamowym spoglądało na mnie siedemnaście kocich mordek, lecz nie wszystkie dało się wokół zauważyć. Już w drzwiach widziałem, jak większość z nich była tak boleśnie leniwa i zaczynałem żałować, że dałem się skusić na taką kawowo-kocią ekstrawagancję.

Jak tylko zająłem miejsce, żal zastąpiło zaskoczenie – bez zawahania weszła na mnie Yoda i wyciągnęła szyję, jakby oczekiwała buziaka na przywitanie. Jej życie najwyraźniej nabrało sensu – w końcu bez zobowiązań mogła przyjemnie poleżeć na moim brzuchu. Co za kot!

 

Pozostałe koty nawet nie zauważyły obecności gości. Dopiero po podaniu wody jeden rudzielec po cichu skradł się, wskoczył na stolik i zaczął pić ze szklanki. Wnet zrozumiałem adnotację w karcie menu, że właściciel nie ponosi odpowiedzialności … za napoje nadpite przez zwierzaki. Myślę, że prawdziwych kociarzy i kociarki to i tak nie odstraszy przed odwiedzeniem kawiarni Catmosphere?

Gdy w końcu obsługa podała kawę, ze środka kubka spoglądał na mnie koci wzór ze spienionego mleka. Czy mogło być inaczej?

 





poniedziałek, 23 lipca 2012

Choć trudno w to uwierzyć, dopiero niedawno, krok po kroku, zacząłem odkrywać Tajlandię. Przyznaję, że do tej pory oferta turystyczna tego kraju była poza sferą moich zainteresowań – nawet nie pamiętam już skąd wzięło się takie przekonanie! Przecież Tajlandia zajmuje wysokie miejsce wśród najchętniej odwiedzanych przez turystów krajów na świecie! Aby tę tezę potwierdzić wystarczy przejść się po Bangkoku i policzyć mijanych farang’ów, zwłaszcza Europejczyków i Australijczyków, nie wspominając pozostałych ras i nacji.

Evason Spa - Hua Hin

I tak, po kilku latach szwendania się po świecie i jego różnych, nierzadko egzotycznych zakamarkach, dojrzałem - bo niby jak to inaczej określić - do odkrywania piękna Syjamu. Najwyższy czas!

Zacznijmy więc od plaż. Większość turystów z segmentu plażowego wypoczywa i bawi się na tajskich wyspach, zwłaszcza Puket, Krabi, Phi Phi, itp. Nie byłbym sobą, gdybym tej tendencji uległ.

Evason Spa - Hua Hin

Wybór padł na Hua Hin - turystyczne miasto położone na zachodnim wybrzeżu Zatoki Tajlandzkiej, ok. trzy godziny drogi od Bangkoku. Słynie ono z czterokilometrowej plaży położonej w samym mieście, wzdłuż której znajduje się mnóstwo drogich hoteli wszelkiego rodzaju. Może kogoś to ekscytuje, ale na pewno nie mnie.

Evason Spa - Hua Hin, Tajlandia

Warto było pofatygować się nieco dalej na południe, uciec od tłumów i zgiełku miasta. Na przykład do Evason Spa. Miejsce to okazało się niezwykłe – malowniczo położone wzdłuż plaży, z niesamowicie przyjazną obsługą, a do tego ekologiczne (przynajmniej tak się dumnie reklamują). Jest tam wszystko, czego potrzeba do regeneracji sił – woda, piasek, szum fal i wiatru, gwiazdy na niebie (!) i … rowery do wypożyczenia. Kto mnie zna, ten wie, że takich rowerowych okazji raczej nie przepuszczam. Do tego wyśmienite tajskie jedzenie w okolicznych restauracyjkach (do tych hotelowych raczej się nie zbliżam).

Tajlandia kulinarnie

Podróżowanie poza sezonem i na przekór większości po raz kolejny pokazało swoje plusy. Mamy środek sezonu, więc tymczasowo trzeba z podróżami nieco przyhamować. Tymczasem będę bardzo ukontentowany, jeśli ta relacja wraz ze zdjęciami kogoś zainspiruje.

Evason Spa - Hua Hin, Tajlandia

 
1 , 2
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            


Doha by day

Doha by night